Misja: owca
Ania Ramska z Cichego ma nietypowe zainteresowania jak na uczennicę liceum. Pasjonuje się hodowlą owiec. Wie na temat tych zwierząt prawie wszystko i zdarzyło się już, że doświadczeni rolnicy przychodzili do niej po poradę.
Ania wstaje codziennie przed szóstą. Zanim sama zje śniadanie, idzie do obory, by nakarmić zwierzaki. Sypie siano i daje im wodę. Najmłodsze jagnięta podsadza pod matki. Mimo wprawy, zajmuje jej to prawie godzinę, bo jej stado liczy sto owiec (matek) i ponad 120 jagniąt, które przyszły na świat w tym roku.
Potem jest prysznic, szybkie śniadanie i wyjazd do oddalonej o ponad 20 kilometrów szkoły – Licem Ogólnokształcącego nr 1 w Nowym Targu.
– Jak wraca po szkole, to także najpierw jedzą zwierzęta – śmieje się mama licealistki, Maria Ramska. – Ania niechętnie wpuszcza innych do obory, bo ona wie najlepiej, ile dać siana, a bardzo denerwuje się, gdy ktoś je marnuje – dodaje.
Drugi posiłek zwierzaków składa się z siana, kiszonki i wody. To także czas, by pogłaskać swoich ulubieńców – Pusie, Bartka i Kleosie. Choć jak zdradza mama, Pusia popadła ostatnio w niełaskę, Ania się na nią obraziła, bo odrzuciła jedno z urodzonych przez nią bliźniąt i małe jagniątko zdechło. – Ania się do niej przez 2 tygodnie nie odzywała, Pusia chodziła za nią, dopominała się pieszczot, a Ania udawała, że nie ma czasu – zdradza mama.
Wieczorem wizyta Ani w oborze jest najdłuższa, zwierzęta dostają trzeci posiłek, karmiące matki otrzymują owies i specjalna mieszankę. – Proszę nie pytać się, kiedy Ania się uczy – mówi mama patrząc karcącym wzrokiem na córkę. – Kiedyś nauczyciela geografii ochrzaniała mnie za słabą ocenę z klasówki. „Krowy pasiesz, że nie masz czasu na naukę” –. pytała. A jaj jej mówię, że nie krowy, tylko owce” Cała klasa się śmiała – wspomina Ania.
A wie pani jak Anka spędza wolny czas. Na wirtualnej farmie – śmieje się siostra 17-latki, Joanna Ramska. – To taka gra komputerowa – dodaje.
Dzieciństwo w żłobku
Ania jest dzieckiem nauczycieli. Jej nieżyjący już tata był wieloletnim dyrektorem miejscowej szkoły, a gazdówkę, traktował jako hobby. To on zaraził córkę hodowlą owiec. – Ania od początku uwielbiała zwierzęta i miała z nimi niesamowity kontakt. Jak jeszcze nie chodziła dobrze, zabieraliśmy ją do obory i my z mężem karmiliśmy zwierzaki, a ją wkładaliśmy do żłobka, bo była tam bezpieczna. Wpatrywała się w owce jak zahipnotyzowana – opowiada pani Maria. Gdy była już większa pomagała ojcu, a często zaskakiwała swoją wiedzą i spostrzeżeniami. Po jego śmierci zupełnie przejęła kontrolę nad stadem.
Dziś gazdówka Ani składa się z ok. 100 matek – wyłącznie cakli czyli pierwotnej rasy górskiej charakterystycznej dla tego regionu. Ania uczestniczy w programie unijnym, którego celem jest ochrona genetyczna tej rasy. Dotacja od każdej matki wynosi 330 zł. – Cakle to takie nieduże owce, z długimi pyskami, wełną twardą, ale za to mają dużo mleka – opowiada. – Rasa ta zanikła w pewnym momencie zupełnie, bo górale zaczęli nabywać owce, które mają miękką wełnę – tłumaczy. Teraz jest odtwarzana.
Dziewczyna zna każdą ze swoich owiec, zna historię chorób, pochodzenie, charakter. – Każda przecież inaczej wygląda, trudno je pomylić – tłumaczy.
Czas narodzin
Początek roku to zawsze okres wzmożonej pracy, bo zaczynają się porody. Przy cięższych przypadkach, Ani pomaga dyżurny miejscowy akuszer – Tadeusz Strączek.
– Pracy przez ostanie tygodnie było dużo – przyznaje Ania.– Trzeba było pilnować, żeby owca nie porzuciła małych, szczególnie jak były bliźnięta. Najmłodsze trzeba podstawiać matce do karmienia. Jak jest jakieś wątłe jagnie, trzeba go szczególnie pilnować – opowiada.
Na wiosnę owce pójdą na bacówkę, więc Ania odetchnie trochę, choć – jak twierdzi jej mama – już dziś przeżywa, bo owce powędrują pod opiekę nowego bacy, na Jaworki. – Jak znam życie, będzie nas męczyć, żebyśmy latem z nią tam jechali – śmieje się Janek, szwagier dziewczyny.
Zanim pójdą na hale, Ania stopniowo przyzwyczaja ich żołądki do świeżej trawy. Takie wypasy wyglądają ciekawie, bo owce za Anią chodzą jak psy.
W tym roku żadna z jej owiec nie powędrowała na wielkanocne stoły we Włoszech. – Dawniej dziewczynki długo myślały, że owce jadą do Włoch, bo tam są lepsze pastwiska – mówi mama. – Nie mówiliśmy im prawdy, żeby nie płakały. To było bardzo nieprzyjemne, gdy oddawaliśmy jagnięta, bo matki przez 3 dni za nimi w oborze płakały – tłumaczy.
– Bywa, że ktoś przyjdzie po poradę do Ani, np. jeden gazda z Szaflar przyjechał, żeby oceniła, czy jego owca to cakla, czy spełnia warunki. Nawet jej zapłacił 50 zł za poradę, co nie za bardzo mi się spodobało – opowiada pani Maria.
Sędziwa Rakieta
Towarzyszymy Ani przy wizycie w oborze. Pusia przybiega do niej natychmiast. Ania głaszcze ją pod mostkiem, bo to u owiec ulubione miejsce. Pusia ma 6 lat, urodziła już 7 jagniąt. – Była z bliźniaków, więc musiałam ją dokarmiać z butelki, stąd nasza szczególna więź – tłumaczy Ania. W gronie faworytów młodej hodowczyni jest też „Bartek” ze względu na przymilny charakter. Seniorką w stadzie jest 11-letnia „Rakieta”. – To rzadki wiek jak na owce, a Rakieta ma jeszcze wszystkie zęby. Na imię zasłużyła sobie niezwykłą skocznością, pokonuje każdy płot – śmieje się Ania.
– Ania jeszcze jako mała dziewczynka potrafiła wypatrzeć różne choroby u owiec – a to zaropiałe oko, wrzody, dziwne zachowanie – opowiada mama. – Kiedyś, jeszcze za życia męża, byliśmy z wizytą u jego rodziców. Ania telefonuje, że jagnię padło. Zanim zdążyliśmy wrócić do domu, Ania zrobiła owcy sekcję zwłok i stwierdziła, że przyczyną zgonu było zapalenie płuc – wspomina pani Maria. Poznała po przekrwionych płucach.
Ania nie ma wątpliwości, kim będzie w przyszłości. Chce studiować zootechnikę na krakowskiej Akademii Rolniczej. Oczywiście zaocznie, bo w innym przypadku musiałaby się do akademika w Krakowie przeprowadzić ze wszystkimi swoimi podopiecznymi.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański 2011 r.
Artykuł zwyciężył w konkursie Local Press 2011 w kat. rolnictwo
Potomkowie zbójników
Z Murzasichla pochodził zbójnik Łukaszczyk. W okolicach Gubałówki królował Wojtek Mateja, na Olczy – Wojtek Gał, w Białce Tatrzańskiej – Wajda. Dzielscy pochodzili z Działu. Potomkowie zbójników to przeważnie mężczyźni rośli, odważni i sprawni.
Na zbójnicką ścieżkę wchodzili najczęściej górale, którzy musieli kryć się przed wymiarem sprawiedliwości. Innych ciągnęło w góry umiłowanie ślebody, niezależność, niechęć do pańszczyzny, jeszcze innych po prostu bieda. Byli wśród nich zwykli bandyci, ale byli i tacy, którzy ściśle przestrzegali honorowego kodeksu..
„Zbójnikowi” powierzyli mieszkańcy Murzasichla rządy w swojej wsi. Stanisław Łukszczyk przydomek „Zbójnik” jest sołtysem. Ludzie żartują, że jak przystało na honorowego zbójnika jest sprawiedliwy, o interes swojej wsi potrafi zadbać.
-W Murzasichlu na 129 numerów domów ze 40 to Łukaszczyki. Rozróżniało się nas po przydomku – jest Łukaszczyk Murarz, Lokaj, Kowal, Szczerbaty, a my mamy przydomek Zbójnik”. To po pradziadku, który za zbójowanie trafił do więzienia w Wiśniczu. Jak wrócił nadali mu przydomek Zbójnik – opowiada sołtys. –Dużo o nim nie wiem. Chodził na Węgry, bo tam było bogactwo – mówi.
Więcej o przodku zbójniku z Murzasichla potrafi dzięki opowieściom swojego dziadka opowiedzieć 78-letni Franciszek Świder „Zbójnik” z Białego Dunajca. -W jego bandzie były chłopy z Murzasichla, Kościeliska, Bukowiny. Napadali na słowackie i węgierskie dwory. W końcu pradziadek trafił do więzienia w Wiśniczu. Tam chorował. Wrócił potem do Murzasichla i zajął się gospodarką. Umarł w domu . Był taki wytrzymały, że choć smażyli go w gorącym smalcu, żeby oddał pieniądze, to się nie ugiął – mówi Franciszek Świder.
Facet z charakterem
Jak przystało na potomka zbójnika Stanisław Łukaszczyk „Zbójnik” to rosły, dobrze zbudowany góral. Jego zdaniem prawdziwy zbójnik to był człowiek odważny, honorowy, silny. -To musiał być twardziel, taki facet z charakterem. Żeby przejść w tamtych czasach góry – w kierpcach, suknianych portkach, potem nakraść i jeszcze z łupem na plecach wrócić to trzeba było mieć kondycję i charakter. Nie było szlaków turystycznych, sprzętu takiego jak dziś – mówi. –To chyba zbójnicka krew powoduje, że wszyscy w naszym rodzie są sprawni, uparci w tym co robią – mówi. Dzięki sprawności i upartości w dążeniu do wyznaczonego celu Stanisławowi Łukaszczykowi udawało się osiągać tak dobre wyniki w sporcie. Pięciokrotnie uczestniczył w biathlonowych mistrzostwach świata (dwukrotnie powrócił z nich z medalem). Przez 17 lat był ratownikiem GOPR-u. Sołtysuje w Murzasichlu od trzech kadencji.
Pensjonat „Zbójnik”
Kuzyn Stanisława, Marian Łukaszczyk z zamiłowania jest bacą. Ma w Bieszczadach 49 hektarów ziemi. Wypasa 500 owiec, w czasach lepszych dla owczarstwa jego stado było dwukrotnie większe. Jest też właścicielem olbrzymiego Pensjonatu „Zbójnik”, który może pomieścić 100 osób. Wynajmem pokoi dla gości zajmuje się żona. Marian Łukszczyk mieszka na placu, który należał kiedyś do przodka zbójnika. -Jak rozbieraliśmy starą chałpę, to nie znaleźliśmy żadnych skarbów. Nie liczyliśmy, że coś znajdziemy. Została nam po nim upartość i zawziętość, a to ważniejsze niż dutki – przekonuje strzygąc owcę. -Ostatni prawdziwi panowie wyginęli za komuny. Dziś nie ma już panów, to łupimy ceprów – żartuje. -Ale dużo nie łupimy, w Sylwestra na przykład była w naszym pensjonacie jedna z najniższych cen – dodaje szybko. Synowie nie przejmą po ojcu ani bacówki w Bieszczadach ani pensjonatu. Starszy syn Daniel jest już na IV roku Politechniki Krakowskiej, młodszy Piotr rozpoczął edukację na Akademii Górniczo-Hutniczej. Przejmą na pewno przydomek.
Niepokorny Dzielski
Zbójecka krew płynie także w żyłach posła i wójta z Czarnego Dunajca, Kazimierza Dzielskiego. -Moi przodkowie byli niepokornymi ludźmi. Zbójowali po madziarskiej stronie. Potem się jednak uspokoili i zrobili dużo dobrego dla Ojczyzny. Ginęli w obronie sprawy polskiej, oddali całe swoje majątki na rzecz Powstania Chochołowskiego, pomagali przy budowach kościołów – opowiada parlamentarzysta z Czarnego Dunajca. O swoich zbójeckich cechach mówi jednak niechętnie.
Jak można przeczytać „W siąpawicach dziejowych” Adama Pacha Grzegorz Dzielski oraz jego dwaj synowie – Satanik i Nowaczyk byli znani na Podhalu ze swojego zbójowania (XVII wiek). Grzegorz Dzielski (nazwany wielkim hetmanem zbójnickim) zasłynął jako przywódca podczas pospolitego ruszenia górali przeciwko nowotarskiemu staroście Komorowskiemu. Dzielscy napadali na sługi dworskie, na swoim koncie mięli zrównanie nowotarskiego dworu z ziemią, z drugiej jednak strony zasłynęli też jako patrioci i darczyńcy.
Niespokojne Karpaty
„Zbójnictwo, nierozerwalnie związane z dziejami i kulturą Karpat, było jedną z form ruchów chłopskich, charakterystyczna wyłącznie dla terenów górskich(…). Początki zbójnictwa sięgają XVI wieku, a jego zmierzch to dopiero schyłek XIX wieku – pisze Urszula Janicka Krzywda w swojej książce „Poczet harnasi karpackich”. Zbójnickie kampanie skupiały obok mieszkańców wsi podkarpackich zbiegłych przestępców różnych stanów, wszystkich, którzy weszli w konflikt z prawem, a także ludzi nie mogących znaleźć dla siebie miejsca w ciasnych ramach społecznych. Bywali więc członkami zbójnickich towarzystw obok pasterza owiec syn zamożnego gazdy, niedoszły kleryk, rzemieślnik, dezerter, student. Jedni szukali tam schronienia przed wymiarem sprawiedliwości, inni zysku, zemsty, swobodnego życia. Przeważnie jednak zbójnicy rekrutowali się z ludności góralskiej, dla której, obok wspomnianych wyżej przyczyn, zbójnictwo było kontynuacją tradycji kulturowych wolnych wołoskich pasterzy, głównego żywiołu osadniczego tych terenów”.
Zbójnicy organizowali się w grupy liczące od kilku do kilkudziesięciu osób. Na ich czele stał przywódca zwany harnasiem. Uzbrojeni w ciupagi, pistolety bądź noże napadali na podróżnych, bogate gospodarstwa, karczmy, szałasy pasterskie, czasem także na dwory a nawet kościoły. Wolny czas umilali sobie na biesiadach w karczmach, hulankach przy ognisku. W legendach zbójnictwo przetrwało jako godne mężczyzny zajęcie, różniące się od zwykłego bandytyzmu. Zbójnicy – jako ludzie odważni, silni, przede wszystkim jednak wolni i niezależni. Legendy przemilczają natomiast ciemne strony zbójnickich biografii.
Dziś zbójnictwo kojarzy się przede wszystkim z postacią legendarnego Janosika, któremu w legendach przypisuje się nadludzkie cechy, bohaterskie wyczyny. Faktycznie Janosik czyli Juraj Janosik żył w latach 1688-1713. Pochodzi z Dolnej Orawy. Przed sądem w Liptowskim św. Mikulaszu stanął już dwa lata po wejściu na zbójnicką ścieżkę. Zginął powieszony na haku za żebro.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Kierunek: Harklowa
Harklowa ma szczęście do ludzi. I jakąś dobrą energię. Może to te dzwony, które odpędzają trąby powietrzne i burze? A może figurka Matki Bożej Bolesnej z przydrożnej kapliczki, która nawet serca bandytów potrafi zmiękczyć.
Niewtajemniczeni mijają leżącą nieco z boku wioskę. Z drogi z Nowego Targu do Krościenka nie widać uroków Harklowej. Turyści jadą podziwiać kościółek w pobliskim Dębnie, zamek w Niedzicy, jezioro. Ci jednak, którzy zboczą raz, powracają, a niektórym wioska przewraca życie do góry nogami. Ale zawsze na lepsze.
– My tu nie mamy turystów przypadkowych, tu przyjeżdżają ludzie, którzy wiedzą, czego tu szukać, czują magię tego miejsca – przekonuje Bożena Organa, dziś sołtys wsi, a kiedyś turystka z Sosnowca. – Najczęściej są to przyjaciele rodzin od pokoleń. Do nas przyjeżdża kilka rodzin z Krakowa już od 30 lat. To bardziej przyjaciele, niż goście – mówi Bronisława Jędrzejczyk, jedna z działaczek Koła Gospodyń Wiejskich.
Ariake – pomiędzy nocą a świtem
Wiecznie uśmiechnięta Japonka Akiko Miwa przyjechała tu w 1989 roku. Podczas spaceru natrafiła w Gorcach na Polanę Styrek. Zimowy pejzaż roztaczający się z tego miejsca tak ją zauroczył, że postanowiła tu wybudować pensjonat i zostać. Nie przeraził ją głęboki, leśny żleb, który stanowił jedyną drogę z oddalonej 3,5 kilometra wsi na dole. – Pamiętam, jak Akiko sama woziła ciągnikiem kamienie na górę – wspomina Krzysztof Zajączkowski. – Japońskie kobiety z naszymi łączy pracowitość – dodaje. Sympatyczna i uparta Japonka szybko zyskała sympatię harklowian. Ona zachwyciła się ich góralską naturą, mentalnością, tutejszą tradycją. I pokochała pejzaże.
Okazały budynek, świetnie wkomponowany w otoczenie, stanął na początku lat 90. Właścicielka nazwała to miejsce „Ariake” – w japońskim języku oznacza to chwilę, kiedy księżyc świeci jeszcze czysto, ale za moment zacznie się wschód słońca. Dziś pensjonat nad Harklową znany jest bardziej w Japonii, niż w Polsce. W to niedostępne miejsce przyjeżdżają zresztą goście z różnych stron świata, często osoby znane. Na dole zostawiają nie tylko swoje samochody, ale także troski. Bo u Akiko żyje się innym rytmem, niezależnie czy spędza się tu weekend, wakacje, czy całe życie.
Pani sołtys z Sosnowca
Bożena Organa – dziś sołtys wsi Harklowa – przyjeżdżała tu przez prawie 20 lat z Sosnowca, gdzie mieszkała z rodziną. Łowiła w Dunajcu ryby. Zauroczona tym miejscem, postanowiła sprzedać mieszkanie na Śląsku i osiąść na Podhalu. Tu z mężem zbudowali swój wymarzony dom. Zostawili tamto życie, znajomych, przyzwyczajenia. Zaryzykowali. Nie żałują. Pani Bożena jest sołtysem kolejną kadencję. To na Podhalu szczególny dowód zaufania – nie dość że kobieta, to jeszcze niegóralka. Przekonała do siebie harklowian i stała się jedną z nich. Dziś jest wielkim ambasadorem wsi.
– To cudowne miejsce i ludzie. Tradycja pięknie łączy się z nowoczesnością. Jest mnóstwo rodzin zasiedziałych, żyjących tu od 200 lat, podtrzymujących tradycje. Do kościoła podczas uroczystości chodzi się w stroju góralskim, tak pięknych procesji, jak tu na Boże Ciało, nie ma gdzie indziej – zachwala pani sołtys. – A młodzież jest tu bardzo ambitna i zdolna, i nie ma tu takich problemów, jak gdzie indziej, nie ma patologii. To dlatego, że żyje się rodzinnie, że nikt nie jest anonimowy, że problemy dławi się w zarodku – przekonuje.
Akiko przytakuje. Ona także zakochała się w tutejszych dzieciach. Uczy je nawet japońskich piosenek. Kiedy kilka lat temu sprowadziła z Tokio do harklowiańskiego kościółka chór, dzieci śpiewały po japońsku.
Harklowa miała być pod wodą
– Naszą wieś przytłumiła budowa zapory. Harklowa miała być zalana tak samo jak Maniowy – opowiada Franciszek Kolasa, zasłużony strażak (komendantem miejscowej OSP był aż przez 35 lat). – Do 1976 roku nie można się było budować ani nic remontować, woda miała sięgnąć aż po Łopuszną – opowiada. Młodzi zaczęli ze wsi uciekać. – W końcu Harklowa ocalała, podobnie jak Dębno i Frydman – dodaje.
– Harklowa miała szczęście. I dobrze, bo to perełka Podhala – mówi pani Bożena. – Nasz kościółek jest o wiele ciekawszy od tego z Dębna. Jest tak samo stary, ale zdobienia wewnątrz ma o wiele bogatsze – przekonuje.
I jest jeszcze dzwon, który ma moc odpędzania burz i innych żywiołów, zagrażających mieszkańcom. – Sama na własne oczy widziałam, jak na Harklową szła trąba powietrzna. Kiedy tylko kościelny zaczął dzwonić, nagle trąba skręciła i poszła w inną stronę – opowiada Bożena Organa. – Nawet w Łopusznej, jak grzmi i usłyszą nasze dzwony, to mówią, że burzy nie będzie – wtrąca Czesława Budz. – Bo to specjalnie poświęcony dzwon od huraganów, burz. Niezależnie czy jest dzień, czy noc, gdy nadchodzi jakieś niebezpieczeństwo, kościelny dzwoni i wszystko mija – dodaje. Takich miejsc, które mają swoje tajemnice i legendy, jest w Harklowej więcej. Jak choćby dwie oddalone od siebie kapliczki przy głównej drodze.
Tajemnica dwóch kapliczek
– Powstały one na pamiątkę pojedynku, do którego doszło po jednym z polowań. Tam, gdzie teraz stoją kapliczki, stali właśnie mężczyźni. Tak niefortunnie strzelili do siebie, że obydwaj zginęli – opowiada pan Franciszek, zasłużony strażak. – Ja słyszałem, że strzelali o dziewczynę – uzupełnia Krzysztof Zajączkowski.
Jedna z tych kapliczek, w której jest figura Matki Boskiej Bolesnej, jest niezwykła jeszcze z innego powodu. Kilka lat temu płaskorzeźba z kapliczki zniknęła. Po 2 latach złodziej ją jednak zwrócił. – Musiało się złodziejowi coś nie układać w życiu, rzeźba mu ciążyła, więc oddał – przypuszcza pan Franciszek. – Policjanci mówili, że takie rzeczy nie zdarzają się często. Musiała w tej rzeźbie być jakaś moc – dodaje.
Polsko-japońska tęcza
Harklowianie jednak nie samą przeszłością żyją. Dowodem jest choćby strategia rozwoju wsi, którą sami opracowali. Największą ich bolączką jest brak kanalizacji. Realny termin zakończenia tej inwestycji przed Podhalańskie Przedsiębiorstwo Komunalne to 2012 rok. Harklowianie nie chcą tak długo czekać. Marzą też o ujęciu wody z gór i zrobieniu ścieżki edukacyjnej. Mieczysław Wrocławiak widziałby we wsi jakąś informację, żeby ludzie wiedzieli, co warto tu zobaczyć. – Mamy się czym chwalić – podkreśla. – I kościół mamy piękny, choć nie tak sławny jak w Dębnie, w niczym nie ustępujący, i dwór, i lamus zabytkowy, w którym więziono nieposłusznych chłopów pańszczyźnianych, i zabytkowy cmentarz, stary tartak i nieczynny już młyn – wymienia jednych tchem. Mówi o korzystnym położeniu w kotlinie u podnóża Gorców, o niewielkiej odległości do Jeziora Czorsztyńskiego, pięknych widokach i nieskażonej przyrodzie.
Między innymi ochronie natury ma służyć Stowarzyszenie Polsko-Japońskie na rzecz Regeneracji Środowiska „Tęcza”, które powstało w Harklowej. Trwa jego rejestracja w sądzie. Bliźniacze stowarzyszenie tworzy się w Tokio. – Ekologia, ale i sztuka, edukacja, sport – Akiko wymienia zagadnienia, którymi Tęcza będzie się zajmować. – Wymiana młodzieży, promocja w Japonii naszej kultury, kuchni – wylicza. Naszej – w ustach Akiko – znaczy harklowiańskiej.
Beata Zalot
APLA1
Harklowa została założona w 1335 roku przez sołtysa Hartlema, stąd najprawdopodobniej nazwa wsi. Od połowy XVI wieku stała się własnością szlacheckich rodów: Rogowskich, Lubomirskich, Janickich, Cisowskich, Radeckich i Krobickich. Ci ostatni byli spokrewnieni z Tetmajerami z pobliskiej Łopusznej. To na dworze w Harklowej w ostatnim dniu grudnia 1861 roku urodził się Włodzimierz Tetmajer, kuzyn Kazimierza Przerwy-Tetmajera, malarz, znany między innymi dzięki „Weselu” Wyspiańskiego.
APLA2
TĘCZA
Stowarzyszenie na rzecz Regeneracji Środowiska
Manifest Akiko
Tęcza jest siedmiokolorowym mostem
Czerwień, pomarańcz, żółć, zieleń, błękit, ciemnoniebieski i fiolet
Pomiędzy nimi paleta półtonów
Nawet przenikając się, kolory Tęczy tworzą doskonałą kompozycję
Oto prawdziwa Harmonia
Muzyka, sport, rzemiosło i sztuka –
Niech będą domeną naszej codzienności
Niech ludzie zachowają i uchronią
Piękno gór i lasów, rzek i jezior,
Czyste powietrze i bogactwo urodzajnej ziemi.
Nie musimy nigdzie wyjeżdżać i zostawiać pustych miejsc
Sprawmy, by dzieci pokochały swój kraj – tu się urodziły
Dajmy im nadzieję i wspierajmy w działaniu
Niech docenią wartość tradycji
Ochraniają przestrzenie, które kochają
Ludzie w wielu krajach podobnie myślą i mają podobne pragnienia
Łączy ich to samo powietrze i woda
Żyjemy na jednej Ziemi
Szanujmy życie w każdej postaci i radujmy się razem jego pełnią
Niech Polskę i Japonię połączy przyjazna
więź współdziałania w Harmonii
Bo kiedy się bawimy, pracujemy, uczymy innych – wyrażamy siebie:
Wspólnie budujemy siedmiokolorowy most – Harmonię Tęczy.
Akiko Miwa
Genialni konstruktorzy
Łukasz Skąpski wykonał dokumentację ok. 150 traktorów i maszyn wykonanych samodzielnie przez rolników z Podhala. Konstruktorów nazywa geniuszami, a o Podhalu mówi, że to zagłębie budowy „ciągników Sam” – jak nazywano je oficjalnie w dowodach rejestracyjnych.
Traktory, maszyny rolnicze, transportowe, wykorzystywane w tartakach. Zróżnicowanie technicznie – od bardzo prostych do bardzo zaawansowanych. Przypominające te fabryczne i o surrealnym wręcz wyglądzie. Aż trudno uwierzyć, że jest tych maszyn na Podhalu aż tyle i że ich konstruktorami są ludzie prości, często z podstawowym wykształceniem. – Geniusze – mówi Łukasz Skąpski. Dokumentacja fotograficzna i video to temat jego pracy doktorskiej na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Łukasz Skąpski wyruszył w teren latem 2005 roku. Spenetrował tylko niewielką część Podhala – okolice, gdzie na początku lat 60. powstały pierwsze niezwykłe maszyny. Ich autorami byli: Andrzej „Hućbała” Pabin z Witowa i Andrzej Masny „Bałaś” z Chochołowa. Robili maszyny sobie, swoim sąsiadom i znajomym, ich projekty służyły innym, były udoskonalane przez kolejnych domorosłych konstruktorów. Skąpski odwiedził Witów, Chochołów, Dzianisz, Ciche, Ząb, Murzasichle, Czarny Dunajec, Małe Ciche.
W latach 60. górale kupowali amerykańskie i niemieckie wozy, pochodzące najczęściej z demobilu. Przerabiali samochody ciężarowe i terenowe. – Z takich części był pierwszy traktor Pabina z Witowa, zbudowany w latach 60. Ma jeszcze w gospodarstwie traktor, który zrobił w 68. roku. Pali na dotyk – zachwyca się Skąpski. Czterokołowy napęd, tylne koła większe od przednich, kabina, wycieraczki, wyprowadzenie napędu ze skrzyni biegów, rozrusznik.
Pabin mówił, że w nocy śnił, co i jak ma zrobić, a w dzień – robił to. Twierdzi, że zrobił „ze sto” traktorów, ile ich było naprawdę – nikt nie liczył. Wiele z nich ciągle jeździ po Podhalu.
Mniej więcej w tym samym czasie pierwsze próby konstruktorskie odbywały się w pobliskim Chochołowie, w warsztacie Andrzeja Masnego „Bałasia”, który na początku lat 60 opracował pomysł adaptacji grzebieniowej kosiarki konnej do traktora Hućbały. Próbował go nawet opatentować, ale czasy były trudne – nie udało się. Za pomysł racjonalizatorski dostał w nagrodę wczasy w Bułgarii, które zamienił na parę opon do traktora. Z jego przydomowego warsztatu wychodziły własnej konstrukcji maszyny rolnicze, potem zaczął żyć z masowej produkcji dmuchaw do siana. Współpracował też z Pabinem przy budowie traktorów. Pomysły dwóch pierwszych konstruktorów były natychmiast podpatrywane i wdrażane w innych domowych konstrukcjach.
Dlaczego górale zaczęli robić maszyny? – docieka Łukasz Skąpski. Po pierwsze zauważyli ich przewagę nad zaprzęgiem konnym. Zwierzę trzeba przez cały rok karmić, wymaga dużo kosztów i pracy. Traktor z najsłabszym silnikiem Andorii uciągnie tyle, co dwa konie. Traktorami pracuje się szybciej, łatwiej i wydajniej – słyszał powtarzaną przez wielu rolników argumentację. Fabryczne ursusy były za drogie i co tu dużo mówić – gorsze od „samów”, nie sprawdzały się na wąskich, polnych drogach i na podhalańskich stromiznach. Traktor własnej roboty w zależności od stopnia stromości pól właściciela – mógł mieć napęd na jedną, dwie albo trzy osie. Tę trzecią – oś dwukołowej naczepy – górale nazywają „karą”. – To genialny pomysł na wąskie tereny – nie zachodzi jak przyczepa, można nią o wiele łatwiej cofać – przekonuje Skąpski. – Napęd do kary w terenie górskim to konieczność. Przy jeździe pod górę obciążony traktor się nie „wiesza”, jadąc z góry – nie jest z kolei spychany przez obciążoną przyczepę. Fabryczne ursusy są w takich warunkach o wiele bardziej niebezpieczne, a do tego mają słabe hamulce – twierdzi.
Zdaniem Skąpskiego młode pokolenie podhalańskich konstruktorów nie ustępuje tym pierwszych. Geniuszem nazywa Stanisława „Dróżnego” Sichelskiego z Małego Cichego. Mały przegubowy ciągnik wyposażony w trzy wyciągarki, pochodzące ze stara 66 – jego autorstwa – świetnie radzi sobie na stromiznach. Krótki rozstaw osi i niski środek ciężkości powoduje, że nie ma dla niego terenów nie do pokonania. – Staszek z Małego Cichego potrafi wszystko – zrobił generator prądu, śmigło do paralotni, koparkę, kompresor – wymienia Skąpski.
W Murzasichlu mieszka Stanisław Krupa, właściciel tartaku, w którym także zadziwiają maszyny własnej konstrukcji. Trak pracujący w poziomie, przegubowy ciągnik leśny ze spycharką i wyciągarkami, ciągnik z przyczepą do przewozu pni drzew, ciągnik z wyciągarką żurawiową, ciężarówka z czterokołowym napędem z dźwigiem do bali i różne inne zadziwiające maszyny.
…
Każda z tych maszyn jest wyjątkowa, niepowtarzalna. Jeśli nikt nie pomyśli o ratowaniu ich, wkrótce znikną z krajobrazu Podhala, Rolnicy oddają stare traktory na złom, a to ogromna strata. Przecież to swoiste dzieła myśli technicznej na Podhalu z czasów komunizmu. Może warto pomyśleć o muzeum takich maszyn, zacząć je skupywać. Może jest gdzieś jakaś bezużyteczna hala. Takie muzeum mogłoby się stać świetnym pretekstem, by turysta w drodze do Zakopanego zatrzymał się na przykład w Nowym Targu czy gdzieś w okolicach Czarnego Dunajca.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Przeszedłem Polskę na piechotę
Andrzej Komperda Duda z Rogoźnika sprzedał konia, bo bardzo chciał iść na pieszą pielgrzymkę z Giewontu na Hel. Marzenie spełnił, tylko teraz konia nie może kupić takiego, jakby chciał.
– Niełatwo dziś kupić dobrego konia – twierdzi 75–letni mieszkaniec Rogoźnika. Na jarmark chodzi w każdy czwartek, ale za każdym razem wraca rozczarowany. – Koń musi być urodny, spokojny, taki, żeby się auta na drodze nie bał, a w stajni człowieka nie kopnął – tłumaczy. – Urodny koń to taki, co ma główkę niedużą, kark do góry, nóżkę prostą, krzyż rozszczepiony, najlepiej gniady, i żeby na nogach miał białe skarpetki i na czole gwiazdkę – rozmarza się rogoźniczański gazda.
U pana Andrzeja koń był zawsze, i powóz, i sanie. – Moim powozem to i papieża woziłem, jak jeszcze był biskupem, z Rogoźnika do Ludźmierza – opowiada o Karolu Wojtyle, który na Podhalu bierzmował młodzież.
Choć koń to zawsze była wielka miłość i duma pana Andrzeja, pragnienie udziału w pielgrzymce było jeszcze większe. Dlatego, gdy synowa powiedziała, że jak chce przez miesiąc pielgrzymować, konia musi się pozbyć, nie zastanawiał się długo. I choć tęskni za zwierzęciem w stajni, decyzji swojej nie żałuje.
To była jego pierwsza pielgrzymka w życiu i od razu taka długa – przez całą Polskę. – Intencje miałem takie, żeby Bóg nas zachował od nieszczęścia – od wojny, głodu, trzęsienia ziemi. Bo to trzęsienie, co u nas było, to jakby Bóg dotknął nas palcem, że jest – tłumaczy pan Andrzej.
– Nie byłem siebie pewny. Nie wiedziałem, czy dojdę. Zaufałem Bogu, pomyślałem, że jak będzie chciał, żebym doszedł, to dojdę. Do Częstochowy szło nas 210 osób, potem na Hel już tylko 60. Nie czułem się zmęczony. W ciągu jednego dnia robiliśmy 30–40 kilometrów, po drodze mijaliśmy 2-3 kościoły. Za każdym razem wstępowaliśmy na modlitwę i odpoczynek. Tam nabierałem siły – opowiada. Śpiewaliśmy wsze niejakie pieśni i modliliśmy się do krzyża – dodaje.
Pan Andrzej gazdówką się już nie zajmuje. Przekazał synowi, choć formalnie w dokumentach ciągle jeszcze gospodarka stoi na niego. – 7 hektarów pola, 3 krowy, 3 byczki – wymienia.
Życie go nie oszczędzało. Miał rok, gdy zmarł ojciec, a mama drugi raz wyszła za mąż. – Ojczym nie był zły, ale stary był, wypić lubił, to i rozkoszy w domu nie było – mówi. Miał 6 lat, gdy wybuchła wojna. – Paśliśmy krowy, gdy przyleciały samoloty, zakrążyły ponad wieś. Nie wiedziałem, co to znaczy. Potem mama powiedziała, że to wojna. Ludzie z dobytkiem uciekali na wozach, my zostali – wspomina.
Życie było biedne. – Choć żyli my z gospodarki, mama jajeczka nie uskwarzyła, bo wszystko szło na sprzedaż – wspomina. Najgorzej było w czasie wojny, kiedy Niemcy najpierw zabrali młynek, którym mama mełła mąkę, potem wzięli 2 krowy, zostawili tylko ciele. – Czasem, jak mama skąd przyniosła mleka, to dolewała drugie tyle wody i tak to był wielki rarytas – opowiada.
Pan Andrzej skończył 4 klasy podstawówki. Dzieciństwo zeszło na pasieniu krów, na zabawy nie było wiele czasu. Do dziś jednak pamięta zabawę „w ryboka” i „w cyksa”. Gdy miał 9 lat, już kosił zboże. – Z owsa tylko głowa wystawała się – śmieje się.
Pierwsze pieniądze zarobił, gdy miał ok. 10 lat. – Poszli my na kolej, wtykali my kołki w dziury, żeby gwoździe twardo wchodziły – opowiada. Na rower też sam zarobił: – Robilimy z kolegą miotły z mchu, targali my ten mech w lesie. Potem miotły sprzedawało się na jarmarku. Tak uzbierałem na stary rower, ale jaki wymarzony – wspomina.
Do wojska poszedł, gdy miał 19 lat. Trafił do Krapkowic koło Opola, do batalionu wartowniczego. Podobało mu się. – Jeść mi dali, ubrali, a w domu bieda piszczała – wspomina. – Wróciłem na Boże Narodzenie, a na wiosnę już się żeniłem – opowiada. Jego wybranka miała zaledwie 16 lat. – To była miłość – podkreśla. – Jej rodziców długo prosić nie trzeba było. Ja byłem muzykant, teść – tonecnik, to my porozumienie dobre mieli – śmieje się. Bieda nadal dawała się we znaki. Żona pracowała w kombinacie, on pilnował gazdówki. Materiały na budowę domu zbierali przez 10 lat. Żeby dom wykończyć, pan Andrzej pojechał do Ameryki. Rok pracy za oceanem wystarczył, by dokończyć izby i pobudować stajnie. – 100 dolarów to wtedy było coś, wystarczyło na zakup pustaków na całe sopy – przypomina sobie. W 1987 roku do USA wyjechała żona i jest tam do tej pory. Już 20 lat. – Nie wyzierali my tej Ameryki, ale kuzynka żonę zaprosiła, wizę jej dali, to poleciała. Ja już tam na pewno nie pojadę – stwierdza stanowczo. Widziałem i USA, i w Kanadzie byłem, i w Watykanie. Jak mi jeszcze siły pozwolą, to za 5 lat pójdę jeszcze raz przez Polskę, na pielgrzymkę na Hel – twierdzi. – To moje marzenie. Ale marzę też o szczęśliwej starości i śmierci. Żeby nie leżeć na pościeli, żeby nikt nie miał ze mną pokłęby, żebym nie cierpiał – mówi spokojnie. – Bo tylu już moich kolegów pomarło, a ja jeszcze Polskę przeszedłem na piechotę.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Jaskinia Obłazowa
Renifer znad Białki
Mamuty, które pasą się na terenach dzisiejszej Nowej Białej. Lew jaskiniowy polujący w okolicach Gronkowa na nosorożca włochatego. Stado reniferów, dla którego wodopojem jest Białka. To nie jest scenariusz filmu fantastycznego, ale okolice jaskini Obłazowej kilkadziesiąt tysięcy lat temu.
O badaniach archeologicznych w jaskini Obłazowej, znajdującej się nad Przełomem Białki, pisaliśmy w Tygodniku Podhalańskim wielokrotnie. Archeolodzy pod kierunkiem prof. Pawła Valde-Nowaka natrafili tam na najstarszy w świecie bumerang sprzed ok. 30 tys. lat, najstarsze narzędzia górnicze. Z kolei tajemnicze ucięte palce z Obłazowej są najstarszymi szczątkami ludzkimi znalezionymi w Polsce. Badania w jaskini rozpoczęte w 1985 roku trwały przez siedem sezonów – naukowcy dotarli do 22 warstw, najstarsza datowana na ok. 80 tys. lat wstecz. Żmudne badania laboratoryjne i analizy przyniosły kolejną rewelację rangi światowej – okazało się, że jaskinia dla człowieka kultury pavlowskiej pełniła rolę sanktuarium prehistorycznego. Wraz z archeologami jaskinię badali paleontozoolodzy, którzy w przesypanym przez drobne sito osadzie jaskiniowym znaleźli około 70-80 tys. okazów kości zwierząt, żyjących tu w okresie od ok. 70 tys. lat przed naszą erą do kilku lat przed naszą erą.
– Rok przed rozpoczęciem badań wybrałem się tu z Pawłem Valde-Nowakiem. Nie przypuszczaliśmy wtedy, jakie niespodzianki i rewelacje przyniesie nam Obłazowa. Pamiętam, że wziąłem wtedy do ręki trochę osadu z powierzchni i zobaczyłem w nim zęby lemingów, które mogły tu żyć jakieś kilkanaście tysięcy lat temu – opowiada prof. Adam Nadachowski z Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN w Krakowie, który kierował późniejszymi badaniami paleontozoologicznymi w Obłazowej. To był pierwszy dreszcz emocji i zapowiedź tego, co czeka naukowców podczas badań jaskini. Dziś – dzięki tym badaniom – można dość dokładnie odtworzyć prehistoryczne środowisko naturalne okolic przełomu Białki.
Podhalańskia tundra
Cofnijmy się więc kilkadziesiąt tysięcy lat wstecz. Kotlina nowotarska. Okolice Obłazowej. Zamiast Nowej Białej, Białki, Gronkowa, Krempach, Nowego Targu ogromne stepy, a także roślinność charakterystyczna dla obecnej tundry. Lasów nie ma zbyt wiele. Teren miejscami jest podmokły, są też torfowiska. Potok Białka jest wyżej położony niż dzisiaj, w pewnym momencie przepływa nawet przez Jaskinię Obłazową. Jest o wiele zimniej niż obecnie. Zimy są ostrzejsze, latem nierzadko zdarzają się temperatury poniżej zera.
Długowłose, rudowobrunatne futro mamuta – najpotężniejszego wówczas ssaka, pozwala mu spokojnie przetrwać. Nie występuje tu licznie, bo od kotlin woli otwarte przestrzenie. Kusi go jednak step bogaty w roślinność. Potrzebuje dużo pokarmu, dziennie zjada 100 kg traw. 3-metrowej wysokości i wadze 4-6 ton zwierz nie musi obawiać się żadnego z drapieżników, nawet lwa jaskiniowego, który poluje już na nosorożce włochate. Jedynym wrogiem mamuta jest człowiek, który potrafi przygotować sprytne zasadzki. Dla prehistorycznego człowieka ten potężny ssak jest źródłem pożywienia, okryć, materiału na narzędzia i ozdób. Mamut żyje w stadzie. Zimą migruje, z okolic Obłazowej dociera prawdopodobnie nawet do terenów obecnych Węgier.
W zgodzie z mamutami żyją w okolicach Przełomu Białki nosorożce włochate, renifery. W jaskiniach mieszkają niedźwiedzie, hieny, lwy jaskiniowe, prawie identyczne jak dzisiejsze lwy afrykańskie. Są jedynie lepiej przystosowane do życia w zimnym klimacie.
– Żyjący w tym samym środowisku lew, renifer czy suseł to dziś rzecz niewyobrażalna. Wtedy taki ekosystem był możliwy, w okolicach Obłazowej występowało środowisko stepo-tundry plejstoceńskiej – tłumaczy prof. Adam Nadachowski. – Obok siebie występowały gatunki, które dziś dzieli odległość tysiąca kilometrów.
Klimat był suchy, na przełomie lat zdarzały się gwałtowne ocieplenia, potem znowu klimat się oziębiał.
Liczne są tu dzikie konie, żyją w ogromnych stadach, które także migrują zimą. Zostają za to renifery i pieśce, wyglądem przypominające lisy. Nie ma natomiast saren, jeleni, borsuków czy kun.
Pardwa, koleżanka dropia
Są to okolice bogate w różne gatunki ptaków, paleontozoolodzy znaleźli podczas badań w Obłazowej szczątki aż 107 gatunków. Najpopularniejsza jest pardwa, dziś występująca w tundrze. Wraz ze zmianą pory roku zmieniało się jej ubarwienie – zimą była biała jak śnieg, latem – jej grzbiet nabierał barwy brązowej.
Największym ptakiem, mierzącym koło metra jest tu drop. Paleontozoolodzy natrafili w Obłazowej na pojedynczy okaz alki, ptaka występującego dziś np. na wyspach morza arktycznego. Jak trafił w te okolice – pozostanie nierozwiązaną zagadką. Tereny podmokłe to rewir głuszca i cietrzewia, mieszka tu też w borach głuszec, kilkanaście gatunków kaczek, a także ptak wodny – perkoz.
Co wypluła sowa
Ogromną wiedzę o mniejszych gatunkach ssaków występujących w okolicach Obłazowej paleontozoolodzy zawdzięczają sowom. Ptaki te po nocnych polowaniach udawały się w konkretne miejsca w jaskiniach, gdzie trawiły. Część niestrawionego pokarmu wypluwały. Bywało, że taka sowa pluła w jedno miejsce nawet przez 20 lat. Te niestrawione i wyplute resztki konserwował idealnie osad jaskiniowy, dzięki obecności w nim węglanu wapnia. W ten sposób wyplute przez sowę szczątki kości różnych małych ssaków przetrwały kilkadziesiąt tysięcy lat. Dziś dostarczają naukowcom dużej i dość dokładnej wiedzy na temat występujących w okolicy małych zwierząt stanowiących menu sowy. A że ten nocny ptak latał w obrębie 5-10 kilometrów od gniazda, zjadając wszystko, co mu się nawinęło, jego „wypluwki” dostarczają dziś precyzyjnych danych. Proporcje ilościowe zjedzonych przez niego gatunków dość dokładnie odpowiadają liczbie tych zwierząt występujących wtedy w środowisku.
Skąd to wiemy
Fragmenty ciosów mamuta, pazur lwa jaskiniowego, żuchwa lisa polarnego, zęby nosorożca włochatego – takich szczątków znalezionych we wszystkich 22 warstwach osadu było ok. 80 tysięcy. Należą one do 260 gatunków zwierząt. Najmniejsze z nich nie mają nawet milimetra, największe to poroże renifera liczące 60 centymetrów czy cios mamuta (ząb), z którego ówczesny człowiek wykonał ów słynny dziś bumerang, uchodzący za najstarszy na świecie.
– Szczątki zwierząt trafiały do osadu jaskiniowego w trojaki sposób – opowiada prof. Adam Nadachowski. – Po pierwsze – w resztkach pokarmowych drapieżników, drugi sposób to – poprzez resztki pokarmu człowieka. Na przykład człowiek rozłupywał kość i wyjadał z niej szpik. Takich szczątków nie znaleźliśmy w Obłazowej wiele. To jest jeden z dowodów potrzymujących hipotezę prof. Pawła Valde-Nowaka, że jaskinia Obłazowa pełniła rolę sanktuarium prehistorycznego. Człowiek kultury pavlowskiej nie mieszkał tu, choć ją odwiedzał. Trzeci sposób, w jaki te szczątki dostały się do osadu, był naturalny, na przykład chory drapieżnik chował się w jaskini i tu padał.
Paleontozoolodzy dostarczyli archeologom także inny dowód na to, że Jaskinia Obłazowa nie była zwykłym siedliskiem dla człowieka kultury pavlowskiej. W osadzie nie znaleziono prawie w ogóle resztek zwierzęcych kości ze śladami działania człowieka. Takie ślady cięć narzędzia na kościach znajdywano w dużych ilościach w jaskiniach, w których ludzie żyli.
– Jaskinia Obłazowa to jedyne w rejonie polskich Karpat stanowisko wielowarstwowe. Znalezione tu bardzo bogate materiały pozwoliły odtworzyć świat zwierzęcy ostatniego zlodowacenia, dały unikalny obraz tego świata – podkreśla prof. Nadachowski. – Dziś dzięki tym badaniom można bardzo precyzyjnie odtworzyć obraz świata zwierzęcego, ale także świat roślinny i środowisko życia człowieka paleolitu.
…
W Jaskini Obłazowa paleontolodzy znaleźli ok. 80 tys. szczątków zwierzęcych, należących do 260 gatunków; samych ssaków – 68 gatunków, w tym owadożernych – 11, nietoperzy – 17, drapieżniki – 12, kopytnych – 9, gryzoni – 15, zajęczaków –4, ptaki – 107, ślimaki – 66, ryby – 5, płazy – 9, ptaków – 107, gady -6
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Ostatnia wróżka na Podhalu
Przychodzą do niej policjanci zajmujący się trudnymi sprawami, żony podejrzewające mężów o zdrady, ofiary oszustw. Ludzie prości i wykształceni.
– Kiedy miałam kilkanaście lat, kuzyn powiedział o mnie, że będę kimś. Pomyślałam wtedy, że może bogato wyjdę za mąż. Nigdy nie przypuszczałam, że będę w ten sposób pomagać ludziom – mówi pani Anna z Kościeliska.
– Nie wiem, dlaczego akurat to ja dostałam ten dar, czym sobie zasłużyłam. Ani bardzo pobożna nie byłam, ani lepsza od innych. Nie żyłam specjalnie przykładnie. Mam trzeciego męża, od pierwszego uciekłam dwa miesiące po ślubie – śmieje się. – Ale wiem, że dostałam dar, że mam pomagać innym – mówi.
Do domu pani Anny prowadzi zawiła droga. Łatwo się pogubić w bocznych dróżkach. W końcu z pomocą sąsiadów udaje się tu trafić. Pani Anna jest na werandzie ze swoim chorym synem. Gotuje obiad, ale zgadza się na rozmowę.
Zabawa we własne życie
Twierdzi, że już kiedy była dzieckiem, znała swoją przyszłość. Wszystko się sprawdziło. Potem było przepowiadanie przyszłości z kart koleżankom ze szkoły, z pracy. – Kiedyś koleżance przepowiedziałam, że wyjdzie za mąż, ale będzie z nim tylko rok. Sprawdziło się, niestety, po roku jej mąż zmarł – opowiada.
– Powróżyć pani? – pyta i za chwilę już daje mi do przełożenia karty. Potem przez chwilę wpatruje się w nie. Może z nich, może bardziej z oczu, odczytuje cechy mojego charakteru. Zadaje pytania. Zdradza tajniki przyszłości – niektóre prawdopodobne, inne mniej. Wróżenie przeplata opowieściami o sobie.
– Dziś dzwonią do mnie z Ameryki, ze Szwecji, Austrii, różnych krajów Europy. Przychodzi pani doktor, prawnicy, policjantom parę razy pomogłam – wymienia. – Karty są tylko po to, żeby zająć ręce, pomagają. Wiem, która karta mówi o miłości czy chorobie. Skąd ja tę wiedzę czerpie? Hm… Gdzieś ze środka – mówi. – Ale nie jest to łatwe, mam potem różne leki, ludziom pomagam, ale te problemy zostają ze mną, myślę o tym, czuję jakby złe duchy przechodziły na mnie – zdradza. – Dlatego noszę różaniec na palcu, który mnie chroni oraz modlitwa do Ducha Świętego i Matki Boskiej – dodaje. – Kiedyś przyszedł do mnie chłopak z koleżanką. On chciał popełnić samobójstwo. Namówiłam go, żeby się wyspowiadał. Zrobił to i bardzo dziękował mi za pomoc. Ale ja po tej jego wizycie źle się czułam, nie mogłam spać, tak, jakby to zło we mnie wlazło – mówi. – Przejmuję od ludzi smutki, ich kłopoty – dodaje.
– Lubi pani ruch, podróże. Nie może pani wysiedzieć na miejscu – mówi. – Wybiera się pani w ciągu dwóch najbliższych miesięcy w daleką podróż – czyta z kart podczas kolejnego rozłożenia. – Chce pani jechać gdzieś, gdzie jest wojna? – pyta po chwili zastanowienia. Zaprzeczam. – Niech pani nie jedzie tam, gdzie jest niespokojnie, jest tyle pięknych miejsc na świecie, gdzie jest bezpiecznie – radzi. Uśmiecham się, bo rzeczywiście lubię podróże, przede mną urlop, ale nie pcham się tam, gdzie są wojny.
Karta śmierci
– Taki dar, to ciężar – twierdzi pani Anna. – Jak się ma stać coś w rodzinie, to mam lęki, czuję niepokój – twierdzi. – Czasem widzę kartę śmierci, ale nie chcę przerażać, nie mówię wprost – przyznaje.
Twierdzi, że czasem odwiedzają ją policjanci. – Pamięta pani, jak parę lat temu zamordowali dziewczynę w górach. Znaleźli jej rzeczy na mostku, myśleli, że się utopiła. Powiedziałam, że znajdą ją w lesie – opowiada. – A tych bliźniaków z Zakopanego, co zamordowali własną siostrę i poćwiartowali ciało, pamięta pani? Ich matka do mnie przyszła. Powiedziałam jej, że jej zniknięcie ma związek z pieniędzmi, że się odnajdzie. Widziałam ciemną kartę, czułam, że ta dziewczyna nie żyje, ale nie powiedziałam tego matce. Wiedziałam, że nie wyjechała – wspomina. Opowiada też o innej zamordowanej turystce. – Poradziłam, żeby poprosili księdza o ogłoszenie w kościele. Tak zrobiono i potem zgłosiła się kobieta, u której dziewczyna mieszkała na kwaterze. Jej ciało znaleźli przy Kościeliskiej – opowiada o innej historii.
– Mieszka pani z mamą. Mama bardzo pani pomaga, prowadzi dom – słyszę chwilę później. Przytakuję. – Zmarł ktoś bliski dla pani? – słyszę po chwili. Przytakuję, ale wiem, że prawie każdemu zmarł ktoś bliski, nie trudno zgadnąć. Dowiaduję się, kto jest mi przychylny, na kogo mam uważać. Co czeka mnie w przyszłości. Spadek? Raczej niemożliwe. Poprawa sytuacji materialnej, cieszy. Ale są i osoby, które źle życzą. Wykonując zawód dziennikarza, trudno być przez wszystkich kochanych. Czas pokaże, ile z tych rzeczy może się sprawdzić.
Aż jesiony furczały
Z urywanych fragmentów opowieści, w których pani Anna mówi o swoim dzieciństwie i latach młodości, wyłania się jej biografia. Niełatwe, a nawet smutne życie. Dom rodzinny znajdował się na skraju Kościeliska, pod samym lasem. Nic dziwnego, że tuż po wojnie próg domu często przekraczali partyzanci Ognia, a za nimi UB. – Partyzanci przychodzili z lasu, zabierali ziemniaki, gotowali w kuchni. Mama nie chciała ich przyjąć, bała się, ale nie było wyjścia. Potem przychodzili ubecy. Były przeszukania, strzelaniny. Kiedyś, pamiętam, tak strzelali, że jesiony furczały – wspomina. – Tatę za kontakty z partyzantami zamknęli na 2,5 roku, mama nie mogła nigdzie pracy znaleźć. Biedowaliśmy strasznie. Zimno było, okna powybijane, głód – opowiada 71-letnia dziś kobieta. Kiedy pana Anna miała 14 lat zakochała się. – Ale wiedziałam od początku, że z nim nie będę. Czułam to – przekonuje.
Za mąż wyszła 2 lata później, za kogo innego. – Dali mnie na bogactwo, do bogatego gazdy, 9 lat starszego ode mnie. Nie było między nami miłości – wspomina. Dlatego dwa miesiące po ślubie uciekła od męża, rozwiodła się. Drugie małżeństwo było już z własnej woli, bez przymusu. Urodziła trójkę dzieci. Mąż zginął w wypadku. Przez kolejne 9 lat była znowu sama, potem wyszła za mąż trzeci raz. Ten ostatni, z Warszawy, chciał ją zabrać do stolicy. Nie zgodziła się. Chciała być blisko dzieci. On musiał przeprowadzić się w góry. – Mąż nie lubi, kiedy wróżę, ale musi się z tym pogodzić. Ja jestem niezależna. I lubię kontakt z ludźmi. Czuje się potrzebna – mówi.
– Ma pani syna, choruje na coś, coś co nie da się wyleczyć – słyszę. – Tak, jest alergikiem – przytakuję kolejny raz. – Ale ma pani zawsze przy sobie dla niego lekarstwa? – słyszę w głosie pani Anny troskę.
Na chwilę przerywa rozmowę. Na kuchni aż furczy. Obiad gotowy. Chcę zapłacić za wróżbę. – Nie, nie biorę pieniędzy. Proszę mi tylko dać złotówkę, na szczęście – śmieje się. – Ludzie przyniosą czasem z wdzięczności jakąś kawę, inny drobiazg, ale ja z tego nie żyję – dodaje.
Na werandzie w zadumie siedzi syn pani Anny. – Mnie też przepowiedziała – rzuca, kiedy jestem już na ostatnim schodku. – Miałem jechać za granicę, do pracy. Wszystko było już gotowe. A mama dwa dni przed wyjazdem mówi, że nie pojadę. Zdziwiłem się. Z paszportem coś nie w porządku? – zacząłem się zastanawiać. Oglądałem go z jednej strony i drugiej. Dzień później byłem w szpitalu. Zachorowałem. Nie pojechałem.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Helena Husarka z Gubałówki
Helena Husarka pierwsze pieniądze zarobiła na przemycie. Potem bacowała, woziła drzewo w Bieszczadach. Pracowała ciężej, niż niejeden chłop. Dwa razy cudem uszła śmierci. Nieraz dała wyraz swojej odwagi. Zawsze bała się tylko ludzkiej nieuczciwości i czarów.
Mówią o niej Husarka, ale nazywa się Helena Bartel. – Pradziady pochodziły z Husarów – mówi z dumą o genezie swojego przydomka. Z okien okazałego drewnianego domu na Gubałówce roztacza się widok na wykupione wokół działki. – To wszystko zdobyłam ciężką pracą. Harowałam od dziecka – opowiada. Przynosi różową czapkę uplecioną na drutach, a potem wyczesaną grzebieniem. Trudno dziś policzyć, ile takich czapek wyplotła. To dzięki nim rozbudowała dom, postawiła pomieszczenia gospodarskie, kupiła pierwsze owce i konie. Była wtedy jeszcze panną.
Zanim te czapki przemieniły się w pieniądze, trzeba je było przemycić na Czechosłowację i tam sprzedać. – Czapki owijane były wokół ciała bandażem i tak się szło. A z Czech przywoziło się saksofony, zamki błyskawiczne, rajstopy – opowiada. Chodziła przez przejście (przepustkę dostawała raz w miesiącu) i częściej przez zieloną granicę.
Szło się dla pieniędzy, ale pani Helena nie ukrywa, że po prostu lubiła ryzyko. Najmilej wspomina zimowe przeprawy na nartach.
– Mieli mnie na oku. Tajniaki wynajęli nawet u mnie pokój, ale kapnęłam się szybko, po co przyszli, bo był maj, nikt inny nie wynajmował wtedy pokoi. Zrobili mi rewizję, ale nic nie znaleźli. Jakby znaleźli u mnie czechosłowacki saksofon, poszłabym siedzieć – podkreśla.
Kiedy widziała, że za bardzo depczą jej po piętach, postanowiła zmienić fach i zajęła się bacowaniem. – Jeszcze kiedy byłam dzieckiem, wujek przepowiedział mi, że będę bacą. Owce mnie zawsze cieszyły. Umiałam je strzyc, doić – opowiada. Pojechała aż w Bieszczady, bo jak mówi: – Na Podhalu były małe areały, a tam pola było dużo.
Był rok 1967. Z 300 owcami, podbacą i 2 juhasami wyruszyła w nieznane. Poradziła sobie. – Chłopi mnie szanowali i liczyli się ze mną. Nie było kłopotu. A ja dbałam o nich, dobre jedzenie woziłam im z Podhala – opowiada.
– Z wilkami był kłopot, więc nabyłam czeski pistolet. Raz, jak wsiadałam na motor, pistolet mi wypadł. Zobaczył to jeden kierownik noclegowni w Berechach, zastrzelił potem jelenia na moje konto. Za parę dni było u mnie wojsko, wzięli mnie na przesłuchania. Okazało się, że mieli mnie na oku. Informacje o moim wcześniejszym zajęciu przyszły z Podhala tu. Podejrzewali, że dalej przemycam – wspomina.
Jak kończył się sezon na bacówce, dzięki swoim trzem dorodnym koniom zarabiała na wywózce drewna z lasu. – Dwa ciężkie konie były do zrywu kloca, jeden mniejszy – do zrywu szczapów. Robota była bardzo ciężka i niebezpieczna. Ale ja z końmi miałam do czynienia od małego. Dawałam sobie radę. Byłam silna. Nie byłam gruba, ale mówili, że we mnie waży siła – opowiada.
– Mieszkaliśmy w budynku Bieszczadzkiego Parku Narodowego, dla którego pracowaliśmy. Dali mi pokój z takim dziadkiem Ukraińcem, żebym mogła spokojnie przy nim spać. Miał 92 lata, więc nie zagrażał mi seksem. Jego zięć zastrzelił 42 Polaków w kościele, potem jego zabili Polacy. Ale dziadek był w porządku, mówił, że przy nim nie muszę się bać – opowiada.
Jak się później okazało, było się czego bać. Miejscowi krzywo patrzyli na górali, którzy przyjechali tu na zarobek. Czyhali na konie i pieniądze pani Heleny. Dwa razy cudem uszła z życiem. – Raz jechałam w nocy koniem z miesięczną wypłatą. Miałam przy sobie 17 tys. zł, to było dużo pieniędzy, z pracy trzech koni. Ukraińcy wyskoczyli z lasu, koń stanął dęba, a ja do dziś nie wiem, jak to się stało, że nie spadłam i zdołałam uciec. Gdybym spadła, na pewno by mnie zabili – przekonuje.
Innym razem kościelny obiecał ją podwieźć z pieniędzmi swoim motocyklem. – To było we Wołkowej. Przychodzę, a żona kościelnego mówi, żebym nie jechała, bo mnie zabiją. Poszłam na nogach. Jak z daleka słyszałam motor, chowałam się po krzakach. Godzinę ten motor jeździł za mną, ale mnie nie znaleźli. Przebiegałam 16 kilometrów, jak dotarłam, byłam mokrutka i ledwo żywa – opowiada. – To tylko opatrzność Boska, że nie zginęłam – dodaje. Na pamiątkę tych dwóch zdarzeń postawiła w Bieszczadach kapliczkę, ufundowaną za uratowanie życia. – Miejscowi już nas tak nie lubili, że nawet konia nie chcieli mi okuć. Musiałam z nim jeździć kilkanaście kilometrów – wspomina.
W Bieszczadach spędziła 3 lata, potem wróciła na Podhale. Posiadłość na Gubałówce rosła. Każdy, kto w sąsiedztwie chciał sprzedać działkę, szedł do Husarki. Kiedy miała 37 lat, postanowiła wyjść za mąż. Miała już wtedy kilkuletniego syna, ale za jego ojca nie chciała się wydać. Zaglądał do kieliszka, a poza tym nie podobał się jej matce.
Teraz na męża wybrała sobie sąsiada. Znała go dobrze od dzieciństwa, był od niej 13 lat starszy. – To było małżeństwo z rozsądku, sprzykrzyło mi się być samej, wszystko było na mojej głowie – tłumaczy. – Chłop był urzędnik, ja urodzony rolnik, dalej musiałam harować, z niego nie było przy gospodarce wielkiego pożytku – twierdzi.
Rok po ślubie na świat przyszedł drugi syn, Staszek. Pani Helena niedługo usiedziała na miejscu. Kiedy syn miał 3 lata, znowu pojechała z owcami na bacówkę, tym razem do Stronia Śląskiego. Pole wynajmowała ze spółdzielni rolniczej. Krążyła pomiędzy domem na Gubałówce a bacówką na Dolnym Śląsku. Podbacą był jej brat, który pilnował wszystkiego na miejscu.
Ostatnim miejscem jej bacowania był Kowaniec w Nowym Targu. – Wynajmowaliśmy bacówkę od Szlagi. Syn miał już wtedy 13 lat, to mi pomagał – opowiada. Jednocześnie handlowała cielakami.
– Dokupowałam ziemię, nie widząc interesu na Gubałówce. Wtedy nic się tu nie działo. Skupywałam dla gazdówki, dla rolnictwa – opowiada. – Nie mogę teraz przepatrzeć, jak w Zakopanem ludzie łatwo wysprzedają ziemię ojców, ziemię tak ciężko zapracowaną – podkreśla.
Dziś pani Helena jest schorowana. Bolą nogi, ma wybite kręgi, a na ręce wyrosła z przesilenia bula. – To nie tylko robota, to czary – mówi tajemniczo. – Czary istnieją, przekonałam się o tym na własnej skórze – dodaje. – Jak była dzieckiem i wujek mówił o czarach, nie dowierzałam. Wujek opowiadał, jak zaczęły mu się doić krwią krowy. Jedna wróżka powiedziała, żeby uciął palec żabie, która przyjdzie do jego domu. Wtedy zobaczą, kto poczarował im krowy. Zdziwili się z ciotką z tej rady, ale żaba rzeczywiście przyszła. Ucięli jej palec. Na drugi dzień patrzą, sąsiadka jest bez palca.
– Mnie czary dopadły trzy lata temu. Do miesiąca ubyło mnie 8 kilogramów. Żołądek mnie ściskał tak, że nie mogłam nic zjeść. Myślałam, że to będzie już koniec – mówi.
Mówi, że lekarze orzekli osteoporozę. Skutki ich leczenia nie były zbyt widoczne, dopiero brat poradził jej bioenergoterapeutę na Śląsku, który jej pomógł. To on powiedział jej, że ktoś ją zaczarował, że za duże pieniądze wynajął czarownicę z Krakowa. – Masz niebieską nitką owinięty żołądek. Chce cię skończyć – usłyszała. – Nie dowierzałam wtedy. Ale po kilku wizytach u niego i jeszcze u innego bioenergoterapeuty z Kielc, zaczęłam czuć się dobrze – podkreśla. – Wiem, kto mi to zrobił – dodaje.
– Teraz już nic nie robię, czary zjadły mi zdrowie, a po rozprawie, na której usłyszałam, jak zięć siostry powiedział, którędy szły płoty, dostałam zawał – dodaje.
Mówi, że broni po sądach swojego, bo za każdym metrem ziemi kryje się jej ciężka praca. Syn Staszek, choć nie żyje dziś już z rolnictwa, dalej prowadzi gospodarstwo. – Gazdówka musi być, jak przyjdzie czarna godzina, żeby umiał wszystko przy niej zrobić – stwierdza stanowczo.
Honor bitnika
Były krwawe odpusty, bitki na weselu. Do prawdziwych wojen dochodziło w bitkach między wsiami. Pobili się kawalerzy o “dziewkę” i bacowie o owce. Umiały się bić góralki. Były niepisane zasady i honor bitnika.
-Bocem taką bitke z 30 roków temu – na sztachety, kuliki i żerdzie. Tu koło sklepu cały płot rozpierdzielili. Zębiany kontra Bystrycany. Nie wiem, kto to syćko zacął, bo jo był wtedy małym chłopcem – opowiada góral z Zębu, najwyżej położonej wsi w Polsce. -Albo jak roz Suchowiany nazocynali. Nase chłopy wiedziały, ze Suchowiany pódom ku wesele w Okarbusach. Zrobili zasadzkę na nich tu na krzyzówce. Lampę wybili. Suchowiany śli śpiewajęcy. To była bitka na 50 chłopów, ale ten co mioł wtedy nojwięcej dostać, to dostoł nojmniej, bo uciekł. Baby go uratowały, w ustępie go schowały. Nojwięcej dostali niewinni. Kozdy na sucho dostoł, ale dobrze. Suchowiany długo tą bitke będą pamiętać, choć szpitala nie było –opowiada góral z Zębu.
“NA SUCHO” ZNACZY HONOROWO
-Bitka “na sucho” to jest pięściami albo sztachetami po plecach. To jest bitka honorowa. Jak się kto biere noza albo siekiery to juz nie góralski honor – uważa mieszkaniec Zębu. Podaje też inne zasady, na przykład: “Nie zacynać, ale tyz jak przydzie co do cego, to się nie dać”. -Chłopcyska z Marusyny to przykłod honorowych bitników. Nie zacynali, krzywdy nikomu nie zrobili, ale jakby im kto na piętę nadepnął to juz nie popuścili – twierdzi rozmówca z Zębu. -Z kolei na wesele na Olczę przysedł chłop z Poronina – stary, ze 60 roków mioł. Wzięli go Olczany – po wsi za autem włócyli. To juz nie honor, ino sadyzm. Wystarcyło chłopa przycisnąć do ściany – wyjaśnia góral. –Jest i taki, co nazacyno, nazacyno, a jak przydzie do rzecy to sp…. Taki to jest dziod – tłumaczy anonimowy rozmówca. Jako przykład honorowej bitki opowiada o zdarzeniu, które kilka lat temu miało miejsce w Chicago. Był taki chłop z Poronina, co wse chodził w jednym zielonym ubraniu. Roz było przyjęcie w Chicago, docepił się do niego jakisik chłop i cały cos dogadywoł mu, cymu to chodzi w jednym i tym samym ubraniu, ze jez dziod, ze go na nowe nie stać. Ten chłop z Poronina słuchoł, w końcu nie wytrzymoł, wstoł, jak go ciapnął z pięści, ino roz, to chłopa dwie i pół godziny cucili – opowiada Zębianin.
CZERWIENNE KONTRA MARUSZYNA
Mieszkańcy Czerwiennego i Maruszyny nie zapomną na pewno długo bitki, do której doszło 10 lat temu. -Zacęło się syćko od takiego chłopa z Cyrwiennego. Choć to juz był chłop zeniaty, ryzykant był fest. On z Marusynianami pozacynoł. Marusyniany porozsyłały po Cyrwiennym listy, ze próba bedzie na zabawie w Starem Bystrem. Jo widzioł na własne ocy, jak ten główny ryzykant jeździł po wsi koniem i zbieroł zyniatych chłopów na tą bitkę z Marusynianami. Zima była ostro. Chłopy pod humorem. Wkrocyli do remizy. Marusyniany choć młodzi chłopcy byli, zorganizowali się i rusyli do ataku. Cerwieniany musiały uciekać, niektórzy powpadali do potoka za remizą, ręce i nogi poodmrażali. A ten, od którego się to syćko zaceno, trafił do szpitala. Doktory walcyły o jego zycie. Głupoty wybili mu z głowy na zawse. Tak to juz jest, jak się zyniaci do bitek bierom. Ino śmiech był po wsiach z nich.
BROWNINGI, BOKSERY I PIĘŚCI
Przedwojenne “bitki” pamięta z kolei Stanisław Gromada z Zębu. Walczyli Zębianie z Suchowianami albo z chłopami z Nowego Bystrego. -Dziś bocem, jak się gonili po Bartolskim Wierchu. Jak jedni na drugich nacierali, potem się cofali. Mieli wtedy juz browningi, ale do siebie nie strzelali – wspomina.
W bitkach pomiędzy wsiami uczestniczyło najwięcej chłopów, nie rzadko kilkudziesięciu. Za to, jeśli w grę wchodziły uczucia i kobieta, wtedy dochodziło do najbardziej krwawych starć. – To było w lipcu w latach sześćdziesiątych. Zabawa była w Bustryku. Do dziewki z Bustryka zalecoł się chłopok z Białego Dunajca. Dziewka podobała się tyz kawalerowi ze swojej wsi. Obydwa konkurenci spotkali się na zabawie i posprzecali. Ten z Dunajca wzion od ojca dziewcyny siekierę, wrócił i temu drugiemu odrąboł głowe – opowiada Stanisław Gromada.
-Przed wojną była tu tako gaździna w Zębie, co miała córkę. Roz jednemu parobkowi ją obiecywała, roz drugiemu. Dosło do tego, co się chłopy na polu siekierami pobiły. Jeden drugiego zabił. A gaździna dała córke trzeciemu, chłopu z Marusyny – wspomina S. Gromada.
-Downiej chłopy nie bili się na noze, ino się dowili – twierdzi góral. Nóz wloz do bitki po piersej wojnie światowej. A w casie międzywojennym wloz “bokser”, to był taki metalowy kastet zakładany na ręke. Moda na sztachety przysła nie dawno, jak przysły płoty sztachetowe. Do II wojny światowej ludzie się nie ogradzali – tłumaczy starszy goral.
BITKI WESELNE
-Jak się na weselu nie pobili, to godali, ze nie bedzie scyńścia w rodzinie – twierdzi góral. –Teroz na weselach bitek coroz mniej. Ludzi kamerujom, kozdy się boi, ze go potem wychwycom – wyjaśnia jeden z rozmówców przyczyny zaniku dawnych zwyczajów.
77-letnia Helena Bafia z Bańskiej Niżnej na całe życie zapamiętała bitkę na weselu swojej siostry Agnieszki. -Na wesele przyśli żołnierze z podchorążówki. Ojcowie ich wpuścili, pogościli, pić i jeść dali. Jeden z nich wypił za duzo i zacon strzelać do powały. Chłopy mu broń zabrali, wyprosili z chałpy i wycupkali po łbie – opowiada kobieta. -A nietypowo bitka to była w Szaflarach, jak kawaler z jedną dziewką mioł dziecko, a z drugą się zynił. Ta pierso przysła do kościoła na jego ślub. Jak pon młody sedł juz od ołtarza, to go pod dzwonami przyłapała i tłuckom po głowie wyłotała, tak ze musieli go od niej ratować – opowiada mieszkanka Bańskiej N.
BABSKIE BITKI
Mówią, że na Podhalu można było też czasem oglądać babskie bitki. Do rękoczynów dochodziło najczęściej pomiędzy sąsiadkami, czasem powodem był też chłop. -Sarpały się za odzienie, skubały za włosy, ale nojwiękso zniewaga była wtedy, kie się jedna obrociła tyłem, podniosła spódnice i tej drugiej pokazała gołom dupe – opowiada góral z Szaflar.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Bóg wie, której matce przydzielić upośledzone dziecko
Najszczęśliwsze 10 sekund w życiu Izy? Kiedy Patryk stanął na własnych nogach. Marzenie? Żeby ustał 20 sekund i żeby kiedyś powiedział do niej: „mamo”.
„Postaraj się wyobrazić sobie Boga, który daje wskazówki swym aniołom, zapisującym wszystko w swej olbrzymiej księdze (…). „Tej damy dziecko upośledzone”. Anioł na to: „Dlaczego właśnie tej, Panie? Jest taka szczęśliwa”. „Właśnie dlatego – mówi Bóg.” Czy mógłbym powierzyć upośledzone dziecko kobiecie, która nie wie, czym jest radość? Byłoby to okrutne”. „Ale czy będzie miała cierpliwość?” – pyta anioł. „Nie chcę, aby miała nazbyt dużo cierpliwości, bo utonęłaby w morzu łez, roztkliwiając się nad sobą i nad swoim bólem. A tak, jak jej tylko przejdzie szok i bunt, będzie potrafiła sobie ze wszystkim poradzić”. Panie, wydaje mi się, że ta kobieta nie wierzy nawet w Ciebie”.
Bóg uśmiecha się: „To nieważne. Mogę temu przeciwdziałać. Ta kobieta jest doskonała. Posiada w sobie właściwą ilość egoizmu”. „Egoizmu? Czyżby egoizm był cnotą? – dziwi się Anioł. Bóg przytaknął. „Jeśli nie będzie potrafiła od czasu do czasu rozłączyć się ze swoim synem, nie da sobie nigdy rady. Tak, taka właśnie ma być kobieta, którą obdaruję dzieckiem dalekim od doskonałości. Kobieta, która teraz nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że kiedyś będą jej tego zazdrościć. Nigdy nie będzie pewna żadnego słowa. Nigdy nie będzie ufała żadnemu swemu krokowi. Ale kiedy jej dziecko powie po raz pierwszy ,”mamo”, uświadomi sobie cud, którego doświadczyła. Widząc drzewo, zachód słońca lub niewidome dziecko, będzie potrafiła bardziej niż ktokolwiek inny dostrzec moją moc. Pozwolę jej, aby widziała rzeczy tak jasno, jak ja sam widzę – ciemnotę, okrucieństwo, uprzedzenia – i pomogę jej, aby potrafiła wzbić się ponad nie…
….
Waksmund. Sobota rano. Iza krząta się po kuchni i cały czas mówi coś do Patryka. Żartuje. Chłopczyk siedzi w specjalnym fotelu rehabilitacyjnym. Hałasuje. Dopomina się o coś w tylko dla Izy zrozumiałym języku. – Chce, żeby włączyć mu bajkę – tłumaczy mama. – Chcesz „Pana Robótkę”?- pyta synka. Patryk reaguje jakimś grymasem twarzy. – Cieszy się – tłumaczy Iza, włączając laptopa. Chwilę później chłopczyk zajęty jest ekranem komputera i zmieniającymi się na nim obrazkami. – Podoba mu się – tłumaczy mama.
Jego radość i złość są dla obcych nie do odróżnienia. Ale dla Izy każdy jego grymas, każdy okrzyk oznacza co innego. – Kiedy płacze, to znaczy, że go coś boli. Problem, w tym, że nie wiemy, co go boli, bo nie pokaże. Czy ząb, czy brzuch. Kiedy jest głodny, mlaska. Picie ma zawsze w zasięgu, więc kiedy głowę zwraca w kierunku kubka, wiem, że jest spragniony – wyjaśnia Iza.
….
Patryk samodzielnie nie chodzi, nawet nie raczkuje. Nie potrafi samodzielnie siedzieć. Nie mówi, wydaje tylko nieartykułowane dźwięki. Ma problemy z koncentracją. Jego rozwój psychoruchowy jest bardzo opóźniony i nieharmonijny, opóźnione są wszystkie funkcje poznawcze.
W badaniu przeprowadzonym na podstawie skali inteligencji dla małych dzieci Patryk uzyskał wynik wskazujący na znaczne opóźnienie rozwoju funkcji poznawczych, kształtujące się na poziomie upośledzenia umysłowego w stopniu głębokim.
…
– Patryk to pogodne dziecko – przekonuje Iza. – Ale musi być w centrum uwagi, wymusza zainteresowanie sobą – dodaje. – Lubi też być chwalony, przytulany, całowany. Kiedy mąż przychodzi, wyciąga do niego na powitanie rękę.
Nie potrafi niczym zająć się dłużej. Ma psa, z którym turla się po podłodze. Sila rasy golden retriever jest specjalnie przygotowanym do terapii psem. Patryk ją czasem ugryzie, pociągnie, ale ona nic mu nie zrobi.
Lubi też bawić się gazetą, przeglądać obrazki. Chętnie ogląda bajki. Jego ulubione to „Elmo”, „Teletubisie”, Pan Robótko”. Interesują go też zabawki, pod warunkiem że świecą i hałasują. Ma też swoja piosenkarkę – Shakirę – na głos, której reaguje spontanicznie.
– Nie trzymamy go w zamknięciu, wszędzie go zabieramy. Nie wstydzimy się go – mówi Iza. – I na wesela, na uroczystości rodzinne, do kościoła.
…
Iza sprawnie wyciąga z fotela 9-letniego synka i przenosi na wersalkę. Układa na kolanach i tuli. – Nie, nie boli mnie kręgosłup – ubiega moje pytanie. – Patryk waży 22 kilogramy, noszę go bez problemu. Ale o drugim dziecku nie mogę myśleć, musiałabym wynająć opiekunkę, nie mogłabym go w ciąży nosić – tłumaczy.
…
Patryk urodził się 25 sierpnia 2003 r., w 30 tygodniu ciąży, dokładnie w urodziny swojej mamy. – Ciążę znosiłam dobrze, wszystkie badania były w porządku. Patryk miał urodzić się w listopadzie. Ale otwarło mi się ujście, byłam wtedy prywatnie u lekarki. Jak dowiedziałam się później, powinna mnie natychmiast skierować do szpitala, żeby założyli mi szew, i wtedy miałabym szansę na donoszenie ciąży. Dlaczego lekarka tego nie zrobiła? Nie wiem. Może chciała, żebym za 2 tygodnie przyszła do niej prywatnie znowu? – nie bez ironii mówi Iza.
….
Kiedy Patryk przyszedł na świat, ważył 1,6 kilograma, miał 10 punktów w skali Apgara. Trafił do inkubatora. – Był zdrowy, pięknie się rozwijał. Zaczynałam już karmić go piersią – wspomina matka. – Pewnego dnia przychodzę do szpitala, a wszyscy wkoło Patryka biegają. Robią mu punkcję, on wymiotuje, ma dziwną skórę. Okazało się później, że to posocznica, która spowodowała zakażenie krwi. Sepsa. Ta z kolei najprawdopodobniej spowodowała u synka wylew – opowiada Iza.
Kiedy w 50. dobie życia Patryk został wypisany ze szpitala, lekarze przekonywali Izę, że wszystko zostało już opanowane, a Patryk jest zdrowy. Matkę jednak niepokoiło jego nietypowe zachowanie – napinał dziwnie mięśnie. Pediatra z ośrodka zdrowia uspakajała jednak matkę, że to normalne u wcześniaków. – Dopiero kiedy Patryk w 7. miesiącu trafił do szpitala z zapaleniem oskrzeli, rehabilitantka zwróciła mi uwagę, że to napinanie mięśni nie jest normalne. A pierwszą lekarką, która tymi objawami się przejęła, kazała zbadać neurologicznie i skierowała do Prokocimia, była dr Monika Skrzypek – mówi Iza. – To wyjątkowa lekarka. Ufam jej i z każdym głupstwem u Patryka teraz do niej jeżdżę – dodaje.
…
W Prokocimiu padła diagnoza:”mózgowe porażenie dziecięce czterokończynowe”.
Najpierw było przerażenie i poszukiwania informacji w internecie. I postanowienie, że będzie o Patryka walczyć. Bo Iza jest silna i nigdy się nie poddaje. – Bóg wie, komu przydzielać dzieci niepełnosprawne – żartuje.
Ma wsparcie w mężu Jacku, swoich rodzicach i teściach. Nawet w szefostwie firmy „Dafo”, gdzie pracuje. – Dziękuję za to, co mam. Jak jeżdżę po turnusach, to się napatrzę i nasłucham. Są dzieci w jeszcze gorszym stanie, niż Patryk. I widzę kobiety z takimi dziećmi, których z tym wszystkim mężowie zostawiają. Ja nie mogę narzekać – mówi.
…
W 2007 roku doszła jeszcze padaczka. – Patryk miał 4 latka, kiedy dostał pierwszy atak. Trwał 37 minut. Całe ciało drżało, utracił świadomość. Trafił do szpitala. Potem ataki powtarzały się co 3 tygodnie, ale były coraz słabsze, aż do ustawienia prawidłowych lekarstw. Po pół roku wyciszył się, ale co jakiś czas padaczka o sobie przypomina. Za to dzięki atakom poprawił się Patrykowi wzrok i zniknął zez. – Do 5. roku życia nosił okulary. Miał 4,2 dioptrii. Z ataku na atak wzrok mu się poprawiał, bo mięśnie się rozluźniły. I dziś widzi normalnie – opowiada mama.
…
Pierwsze 3 lata były koszmarne. Patryk tylko leżał, nie podnosił rączki, nie trzymał główki, nie potrafił się niczym zająć. Rano zostawał z którąś z babć, a Iza z mężem jechali do pracy. Po pracy były kursy z Patrykiem na rehabilitację i po lekarzach. A wieczorem gotowanie obiadu na następny dzień. W dodatku Iza jeszcze studiowała, więc weekendy spędzała w Krakowie.
…
Od 4 lat Patryk zawożony jest na zajęcia do nowotarskiej „Chatki”, przedszkola dla dzieci upośledzonych. Spędza tu 4 dni w tygodniu po 7 godzin. Szefostwo „Dafo” dostosowało godziny pracy Izy do pobytu jej synka na tych zajęciach. – „Chatka” to dla takich dzieci, jak Patryk, zbawienie. Ma tam dużo zajęć, ulubione panie, mogę być o niego spokojna – zapewnia Iza.
A po zabraniu syna z przedszkola kolejne zajęcia – rehabilitacja, wizyty u logopedy, neurologa, ortopedy, nefrologa, okulisty. Do tego kontrole w Krakowie. Raz w tygodniu wyprawa do Toporzyska na hipoterapię, bo konie świetnie rozluźniają Patryka. I tak w kółko.
…
.
Iza wie, że nie może poluzować. Że wszystkie te wysiłki jej i męża nie idą na marne, że przekładają się na postępy w rozwoju synka. – Patryk potrafi już chwycić zabawkę rączką. Kiedy rozsypię chrupki na stół, potrafi wziąć do rączki i włożyć do ust. A wcześniej w ogóle nie gryzł, dostawał jedzenie tylko w formie papki – opowiada mama. – Nawet kanapkę potrafi utrzymać w ręce i ugryźć, ale oczywiście pod kontrolą – dodaje. Dawniej był zupełnie wiotki, a teraz Iza czuje u niego proste plecy. Głowa mu też już nie leci, potrafi ją utrzymać. Ale największym szczęściem dla Izy było, gdy latem, podczas turnusu, Patryk przez 10 sekund ustał samodzielnie. – To było najpiękniejsze 10 sekund w moim życiu, nagroda za naszą pracę – nie kryje wzruszenia.
…
Dwa razy do roku Iza z Patrykiem jeździ na turnusy do oddalonej o 680 km od Podhala Zabajki. – Te turnusy to prawdziwe maratony, po których Patryk i ja jesteśmy wykończeni. Patryk ma codziennie po 12 różnych półgodzinnych zajęć – rehabilitacyjnych, logopedycznych, hipoterapii. Ja jeszcze wykupuję mu dodatkowe zajęcia, np. na basenie. Po takim turnusie jest zawsze fizycznie wykończony i czuje się gorzej, niż przed, ale po jakimś czasie widać efekty – tłumaczy Iza.
Dzięki zebranym pieniądzom Patryk był w zeszłym roku z rodzicami pierwszy raz na delfinoterapii w Turcji. – Delfin to bardzo ekskluzywny terapeuta, bo turnus kosztował nas aż 18 tys. zł. Patryk codziennie pływał z delfinami, leżał też na delfinie tak, żeby jego mózg był blisko mózgu zwierzęcia. Bo dźwięki wydawane przez delfiny, czyli sonary, mają dobry wpływ na fale mózgowe człowieka. To bardzo wskazana terapia przy padaczce – tłumaczy Iza. Patryk po tym pobycie zaczął też lepiej pracować prawą rączką.
…
Patryk bez przerwy poddawany jest intensywnej rehabilitacji. I choć efekty są minimalne, Iza wie, że to jedyna szansa dla jej synka. A to już nie tylko kwestia poświęconego chłopcu czasu, ale i pieniędzy. Koszt jednego 2-tygodniowego turnusu rehabilitacyjnego to 5 tys. zł. Patryk uczestniczy w 2 takich wyjazdach rocznie. Do tego dochodzą comiesięczne koszty rehabilitacji, lekarstw, pampersów, hipoterapia. Chłopczyk wymaga też specjalistycznego sprzętu ortopedycznego i rehabilitacyjnego.
A miesięczny dodatek pielęgnacyjny dla Patryka od państwa wynosi 150 zł.
Iza z mężem szukają więc pieniędzy, gdzie mogą. Piszą apele, rozsyłają ulotki. Już w tym roku rozprowadzili 30 tys. ulotek z prośbą o podarowanie 1% ze swojego podatku. Koledzy Jacka zorganizowali dla Patryka charytatywny mecz hokejowy. Chłopczyk ma też specjalne konto, na które można wpłacać pieniądze.
Marzenia
Tych marzeń jest dużo. Żeby kiedyś stanął na nogi, może nawet, żeby zaczął chodzić. Ale na razie cel to 20 sekund utrzymania się w pionie samodzielnie.
I żeby jego nieartykułowane dźwięki, pojedyncze sylaby, zamieniły się w „mama”, „tata”. – Chodzimy do logopedy, codziennie masujemy policzki, usta, zęby. Wierzę, że kiedyś powie nam te słowa – Iza nie kryje wzruszenia. I jest jeszcze wiele takich marzeń małych i zarazem ogromnych. Bo każda najprostsza czynność, którą Patryk opanuje, to kiedyś dla niego prostsze życie, większa samodzielność i spokój matki.
….
„…Matka wybrana przeze mnie, ta, która dostanie upośledzone dziecko, nigdy nie będzie samotna” – mówi Bóg. „Będę przy niej w każdej minucie i w każdym dniu jej życia, bo to ona w tak troskliwy sposób wykonuje swoją pracę, jakby była wciąż przy mnie”.
„A święty patron?” – pyta anioł, trzymając zawieszone w powietrzu gotowe do pisania pióro. Bóg uśmiechnął się: „Wystarczy jej lustro” (Bruno Ferrero „Kółka na wodzie”).
APEL DO RAMKI:
Jedyna szansa dla Patryka to intensywna rehabilitacja i systematyczne wyjazdy na turnusy rehabilitacyjne. Tylko to daje mu szansę na rozwój i sprawniejsze życie.
Patrykowi można pomóc, wpłacając na konto:
Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „SŁONECZKO”
Stawnica 33
77-400 Złotów
Numer konta: 89 8944 0003 0000 2088 2000 0010 z dopiskiem: dla Patryka Chowańca 49/C
wpłaty zagraniczne w euro: kod SWIFT(BIC): GBW CPL PP, 76 8944 0003 0000 2088 2000 0050 (z dopiskiem: dla Patryka Chowańca 49/C)
wpłaty zagraniczne w USD: kod SWIFT(BIC): GBW CPL PP, 97 8944 0003 0000 2088 2000 0060 (z dopiskiem: dla Patryka Chowańca 49/C)
Pomóc można, przekazując też 1% ze swojego podatku nr KRS 0000186434 (z dopiskiem: dla Patryka Chowańca 49/C)
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański, nr 14/2012
Eurosieroty
– Mama oddała mnie do domu dziecka, bo pracuje w Austrii – Staś mówi o tym bez emocji. Adaś myślał, że jak ucieknie z domu, mama wróci. 8-letni Paweł z tęsknoty przestał mówić.
Na Podhalu nie ma wioski, żeby w klasie nie było kilkoro dzieci, których rodzice pracują za granicą. Zdarza się, że małżeństwa wyjeżdżają, zostawiając pociechy pod opieką dziadków czy sąsiadów. W zakopiańskim domu dziecka „Tatrogród” jest teraz dwoje dzieci, które trafiły tu, bo rodzice pracują za granicą. Jeszcze niedawno było ich siedmioro. – To poważny problem, niedługo te dzieci będą dorosłe. Będą miały problemy z założeniem szczęśliwej rodziny, powtórzą błędy rodziców – twierdzi Marta Gospodarska, pedagog i terapeuta w gminie Nowy Targ.
Staś wraz z rodzeństwem trafił do domu dziecka w Zakopanem w 2003 roku. Pochodzi z pobliskiej wioski. Kiedy rodzice wyjechali do Włoch, czwórka dzieci pozostała pod opieką schorowanej babci. Starsza kobieta nie radziła sobie. Po 2 latach poprosiła o pomoc sąd. Staś miał wtedy 8 lat, z dwójką rodzeństwa trafił do „Tatrogrodu”. Najstarsza, 16-letnia siostra była wtedy w ciąży, umieszczono ją w innej placówce. Ich mama w tym czasie opiekowała się we Włoszech cudzymi dziećmi. – Przyjechała w wakacje, mówiła, że wkrótce wróci po dzieci, że zabierze je, tylko musi zarobić na wykończenie domu. Potem przez kilka lat w każde wakacje zabierała do Włoch jedno dziecko. Cztery lata temu oznajmiła, że w 2010 roku wraca już na stałe i zabiera dzieci. Nie zdążyła, ciężko zachorowała, małżeństwo się rozpadło, dom na Podhalu stoi niewykończony, a dzieci pozostały w domu dziecka – opowiada Krystyna Juraszek, dyrektorka Domu Dziecka „Tatrogród”.
W domu dziecka jest także 11-letni Krzyś. Jego rodzice są po rozwodzie, oboje w Anglii, babcia w USA. Zanim trafił do domu dziecka, mieszkał z siostrami w domu, bez opieki dorosłych. – W ferie miał przyjechać ojciec, ale nie przyjechał. Przysłał tylko 50 funtów. Krzyś regularnie dostaje przelewy, raz od mamy, raz od taty. Ale zabrać go do siebie nie chcą – mówi pani dyrektor.
Rodzice nie uczą się na błędach
8-letni Piotruś spod Nowego Targu mieszka z ojcem. Matka pracowała za granicą. Kiedyś narobił sobie kanapek, wziął ulubionego misia, książkę i uciekł z domu. Policja znalazła go w stodole u sąsiada. Spędził tam noc. – Ojciec twierdził, że uciekł, bo dostał jedynkę z dyktanda. A mnie w gabinecie Piotruś powiedział, że myślał, że jak ucieknie, to mama przestanie wyjeżdżać – opowiada Marta Gospodarska. – Niestety, rodzice nie wyciągnęli z tej sytuacji żadnych wniosków – podkreśla pedagog.
8-letni Pawełek nie widział mamy od urodzenia, bo ta pracuje w USA. Był najmłodszy z ośmiorga rodzeństwa. Ojciec zginął w wypadku, dzieci wychowywała siostra matki. – Pawełek zamykał się w swoim świecie coraz bardziej, nie nawiązywał kontaktów z rówieśnikami. Przestał mówić, zamiast zdań artykułował tylko pojedyncze słowa. Dopiero w trzeciej klasie matka zabrała go do USA. Nie wiem, co z nim się teraz dzieje – mówi pedagog z gminy Nowy Targ.
Frydman-Falsztyn-Kacwin, Kutkuryci, skarby i sypańce
Piwnice po madziarskich winach, jedyne w Polsce sypańce, najwieksze na Spiszu wodospady, potok z zaklętymi żołnierzami, góra, ze zbójnickimi skarbami strzeżonymi przez diabły to tylko niektóre atrakcje na trasie Frydman – Falsztyn – Kacwin. Wszystkie te miejscowości znajdują się w pobliżu zabytkowego kosciółka w Dębnie i niedzickiego zamku. Tym razem proponuję jednak pominąć te dwie największe w regionie atrakcje.
Madziarskie wino
Do słynnych frydmańskich piwnic droga prowadzi przez jedno podwórko, potem koło psiej budy, wchodzi się przed okna kolejnego domostwa, budynek trzeba obejść, dalej łąka i strzegące zabytku syczące stado gęsi. Nagle przed oczami wyrasta nie pasujący do krajobrazu okrągły podworski budynek zwany „burghauzem”.
Jest to jedno z wejść do głębokich, dwukondygnacyjnych piwnic, gdzie przed laty przechowywano węgierskie wino. Kondygnacja górna składa się z trzech pomieszczeń, każde długie na 100 metrów. Pod nimi znajduje się drugi poziom, gdzie wędrować można już tylko z latarką. Wejście do najniższego trzeciego poziomu zostało zamurowane – twierdzi kilkunastoletnia mieszkanka Frydmana.
Dwieście lat temu piwnice należały do węgierskiej rodziny Horwathów z Paloscy, która sprowadzała madziarskie wina i sprzedawała w Polsce. Na początku naszego wieku piwnice trafiły do rąk spółki akcjonariuszy, a w końcu kupili je Prelichowie. Ostatnią beczkę z winem wyciagnął z podziemi przed laty Michał Prelich, ktory po zjedzeniu kawałka galarety, tak się upił, że nie mogli go ocucić.
-Dziś tam pustki.Turyści też rzadko tu przychodzom, casem jakaś skoła, studenci jacy, ale tak to mało – opowiada Anna Prelich, jedna z właścicielek podziemnych lochów.
W piwnicach niezależnie od pory roku utrzymuje się stała temperatura. -Zimą para się ulatnia nad nimi, jak z lokomotywy – opowiada. -Kiedyś nawet młodzi urządzali tam Sylwestra – dodaje,
-W 1953 roku piwnice wynajęła Centrala Ogrodnicza, chcieli przechować tu warzywa, ale im wszystko zagniło. Potem nawozili ziemniaków, to im się też wszystko zmarnowało. A my kilkanście lat temu mieliśmy tylko buraki w burghauzie, a tak to puste wszystko stoi – wspomina kobieta.
Córka pani Anny, Maria po mężu Kaszubie „Naczk” narzeka trochę na „dzikich turystów”. -Niech pani napisze, że to nie są bezpańskie piwnice. Ludzie przechodzą przez podwórko, depczą łąkę, nikogo nie pytają o pozwolenie, nawet dzień dobry nie powiedzą i wchodzą do piwnic. Jak ktoś przyjdzie kulturalnie, to nie mam nic przeciwko zwiedzaniu, nawet ktoś z nas moze poprowadzić – mówi Maria Naczk. -Gdyby mnie było stać, to pewnie bym coś tu zrobiła, choć konkretnych planów nie mam. Na pewno trzeba byłoby naprawić dach, zrobić schody – twierdzi.
Miejscowi rzadko odwiedzają piwnice, podobnie jak pobliski kasztel wybudowany pod koniec XVI wieku. -Kasztel dziś jest prywatny, nie puscom was do środka, ludzi psami strasom – przestrzega starsza kobieta.
Sobieski we Frydmanie
Poleca za to odwiedzenie starego Kościoła, w którym „Jan III Sobieski wracajac z pogromu Turków do mszy służył”. -Mówili, że zostawił tu złoty krzyż, ale go potem ktos skradł – opowiada Anna D. Młoda frydmanianka pokazuje też ulicę, którą król wraz ze swoim wojskiem jechał, dziś ulica nosi imię Jana III Sobieskiego.
Niedaleko wsi, w pobliżu drogi prowadzącej do Falsztyna znajduje się góra „Zor”. -Ludzie mówią, ze tam w grocie skarby som ukryte. Kilkanaście lat temu chłopcy pośli ich sukać. Kiedy próbowali odsunąć wielkie kamienie, przysła burza, pierunami biło, chłopcy straśnie uciekali, potem śmiech po wsi z nich był – opowiada A. Prelich. – Bo zbójnicy zakopali, a teroz diabli warują i nikogo nie dopuscą – dodaje. Zdaniem innej frydmanianki skrzynia ze skarbami otwiera się tylko w Wigilę Bożego Narodzenia.
Frydman ma jeszcze jedno tajemnicze miejsce – Potok Mariasowy. -Graf Marias to był wielki pan, jesce za casów Janosika. A w potoku som dworscy zaklęci żołnierze, oni tam siedzom, konie kłują, casem ich słychać – uzupełnia A. Prelich.
Wieś „hereśtantów”
Falsztyn czyli „Sokola skała” to dla turystów przeważnie dwa ostre zakrety, które samochodem mija się w ciągu kilkunastu sekund. Według legendy wieś znajdowała się kiedyś z drugiej strony potoka. Był tam klasztor i więzienie, w którym mnisi zamykali zbójów. Ponieważ „herestańci” się nawrócili, zostali uwolnieni i przy klasztorze załozyli wieś. Józef Czajka nie zna tej legendy, ale wskazuje miejsce, gdzie jego zdaniem leżała wcześniej osada: – Falsztyn był tam na dole, ale wieś zburzyli Tatarzy. Archeolog to badał, odkrył miejsce, gdzie był kościół. Sam widziałem fundamenty, bom mu pomagał. Ludzi też chowali, bo kości ludzkich było w pierniki.
Najstarsza mieszkanka Falsztyna, Katarzyna Bogaczyk uzupełnia, że miejsce to nazywa się „Kościeliska”: – -Moja mama wse godali, ze tam był klaśtor i karcma. Teroz na tym wyrósł las, a nawet lasu teraz tam nie ma. Wojny były. „Kutkuryci” nazywali te wojska.
O wiele więcej mieszkańcy mogą opowiedzieć o późniejszych czasach. Falsztyn był wsią, w której najdłużej w Polsce, bo do 1931 roku, utrzymała się pańszyzna. Po właścicielu wioski baronie Jugenfeldzie i jego rodzinie pozostał zrujnowany kasztel i trzy grobowce na „Zielonych Skałkach”. -Grobowce tych panów som tam, nad wsią. Nie dali się ogrodzić, to dziś po tych grobach bydło chodzi – ubolewa J. Czajka. -Pańszyzny nie pamiętam, ale na dwór do roboty chodziłem. Kosiarzowi we żniwa płacili 90 groszy, babie 30. Po wojnie pole rozparcelowali. Gazdy my, ale kiepsko się onacy, lasów nom nie dali. W lesie siedzimy, ale to państwowe. Jak się kto buduje, drzewo trza kupować w drugiej wsi
Przez Niedzicę bez fajki.
Do Kacwina jedzie się przez Niedzicę. Wieś odwiedzaną głównie ze względu na zamek podziwiał już Seweryn Goszczyński. Już w tamtych czasach wieś ze względu na zwartą zabudowę trapiły czesto pożary. Dlatego na słupie przy wjeździe do wsi wymalowano według relacji poety „surowy zakaz palenia fajki”.
Kacwin leży na uboczu. Miejscowość warto odwiedzić ze względu na największe w okolicy wodospady i jedyne w Polsce „sypańce”. Były to spichlerze o unikalnej konstrukcji. Wewnątrz ściany były podobnie jak w chałupach drewniane, a z wierzchu obsypywane grubą warstwą gliny. -Jęczmień my tam mieli i spyrke, bo tam była stała temperatura – wspomina Zofia Pacyga –Sypańce budowało się z dala od domu, by w razie pożaru pogorzelcy nie zostali bez niczego -wyjaśnia.
Kocy zamek
Józef Zązel namawia, by odwiedzić zarośniętą dziś górę „Kocy zamek”, gdzie według legendy znajdował się właśnie zamek. Według mieszkańców, Kacwin był kiedyś miastem, o czym świadczą „tylki’ – ślady po wartowniach znajdujacych się z czterech stron miejscowości. -A tam, gdzie moje posadzone, to na pamiątke śmierci cesarzowej, żony Franciszka Józefa, która tam umarła – mówi J. Zązel. „Mojami” nazywają w Kacwinie modrzewie. –Nie daleko stamtad, na górze Łosopysek jest kaplica matki Boskiej Śnieżej, na pamiątke jak 15 sierpnia tą całą góre obsypało śniegiem – dodaje.
-Skarby po zbójnikach som i u nos, ino nie wiadomo gdzie – uzupełnia Jan Magiera. -Dwie skrzynki po Janosiku juz znaleźli, jedną w Niedzicy, drugą na Słowacji, a trzecio jest jesce nie odkryto w Kacwinie.
-A sypańce to ino specom Kacwin, trza je roztrzepać, bo to takie budy – przekonany jest J. Zązel.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Honor bitnika
Były bitki na weselu nie byle jakie. Niektórzy przypłacali je życiem. Były krwawe odpusty. Do prawdziwych wojen dochodziło między wsiami. Pobili się kawalerzy o „dziewkę” i bacowie o owce. Umiały się bić góralki. Były niepisane zasady i honor bitnika.
– Bocem taką bitkę z 30 roków temu – na sztachety, kuliki i żerdzie. Tu koło sklepu cały płot rozpierdzielili. Zębiany kontra bustrycany. Nie wiem, kto to syćko zacął, bo jo był wtedy małym chłopcem – opowiada góral z najwyżej położonej wsi w Polsce, który zastrzega sobie anonimowość. – Albo jak roz suchowiany nazocynali. Nase chłopy wiedziały, ze Suchowiany pódom ku weselu w Okarmusach. Zrobili zasadzkę na nich tu, na krzyżówce. Lampę wybili, coby ich widać nie było. Suchowiany śli śpiewajęcy. To była bitka na 50 chłopów, ale ten, co mioł wtedy nojwięcej dostać, to dostoł nojmniej, bo uciekł. Baby go uratowały – schowały chłopa w ustępie. Kozdy na sucho dostoł, ale dobrze. Suchowiany długo tą bitkę będą pamiętać, choć szpitala nie było – opowiada góral z Zębu.
„Na sucho”znaczy honorowo
– Bitka „na sucho” to jest pięściami albo sztachetami po plecach. To jest bitka honorowa. Jak się kto biere noża albo siekiery, to juz nie góralski honor – uważa mieszkaniec Zębu. – Jest taki, co nazacyno, nazacyno, a jak przydzie do rzecy to sp… Taki to jest dziod – twierdzi. Podaje też inne zasady: Nie zacynać, ale tyz jak przydzie co do cego, to się nie dać. Jego zdaniem, przykładem honorowych bitników byli maruszynianie. – Oni nigdy nie zacynali, krzywdy nikomu nie zrobili, ale jakby im kto na piętę nadepnął, to juz nie popuścili. Przeciwny przykład podaje góral z Olczy: – Było to juz z porę roków tymu. Na Olcy było wesele. Przysedł tam chłop z Poronina, co kierpce robił. Stary juz był, ze 60 roków mioł. Przysło do bitki. Skońcyło się na tym, ze olcany go wzieni i po wsi za autem włócyli. To juz nie honor, ino sadyzm. Wystarcyło ino chłopa przycisnąć do ściany. Krzywdy nie trza mu było robić – uważa góral. Inna „honorowa bitka” miała miejsce w Chicago. – Był taki chłop z Poronina, co wse chodził w jednym zielonym ubraniu. Roz było przyjęcie w Chicago, docepił się do niego jakisik chłop i cały cos dogadywoł mu, cemu to chodzi w jednym i tym samym ubraniu, ze jez dziod, ze go na nowe nie stać. Ten chłop z Poronina słuchoł, w końcu nie wytrzymoł, wstoł, jak go ciapnął z pięści, ino roz, to chłopa dwie i pół godziny cudzili – opowiada zębianin.
Czerwienne kontra Maruszyna
Mieszkańcy Czerwiennego i Maruszyny nie zapomną na pewno długo bitki, do której doszło 10 lat temu. – Zacęto się syćko od takiego chłopa z Cyrwiennego. Choć to juz był chłop zeniaty, ryzykant był fest. On z marusynianami pozacynoł. Marusyniany porozsyłały po Cyrwiennym listy, ze próba bedzie na zabawie w Starem Bystrem. Jo widzioł na własne ocy, jak ten główny ryzykant jeździł po wsi koniem i zbierał zynia- tych chłopów na tą bitkę z marusynianami. Zima była ostro. Chłopy pod humorem. Wkrocyli do remizy. Marusyniany, choć młodzi chłopcy byli, zorganizowali się i rusyli do ataku. Cerwieniany musiały uciekać, niektórzy powpadali do potoka za remizą, ręce i nogi poodmrozali. A ten, od którego się to syćko zaceno, trafił do szpitala. Doktory walcyly o jego życie. Głupoty wybili mu z głowy na zawse. Tak to juz jest, jak się zyniaci do bitek bierom. Ino śmiech był po wsiach z nich.
Pięści po odpuście
Okazją do sprawdzenia odwagi, siły i męskości były też dawne odpusty. – Po odpuście chłopi szli do karczmy. Najpierw wszyscy zgodnie pili. Ale jak już mieli w czubach, to dochodziło do bijatyk. Pamiętam, jak nieraz gronkowiany odpędzały borzan „skolami” – opowiada mieszkanka Gronkowa.
Do poważnych bijatyk dochodziło po zębiańskich odpustach. Bywało, że po takich walkach znikały całe płoty. Nie pomagały kazania ani księżowskie napomnienia.
– Bitki się skońcyły, kie ksiądz zlikwidowoł odpusty w niedziele. Teroz w jaki dzień wypadną imieniny patronki, w te momy odpust wyjaśnia mieszkaniec Zębu.
Browningi, boksery i pięści
Przedwojenne „bitki” dobrze pamięta Stanisław Gromada z Zębu. Walczyli zębianie z śuchowianami, albo z chłopami z Nowego Bystrego. – Dziś bocem, jak się gonili po Bartelskim Wierchu. Jak jedni na drugich nacierali, potem się cofali. Mieli wtedy juz browningi, ale do siebie nie strzelali- wspomina.
W bitkach pomiędzy wsiami uczestniczyło najwięcej chłopów, nierzadko kilkudziesięciu. Za to, jeśli w grę wchodziły uczucia i kobieta, wtedy dochodziło do najbardziej krwawych starć. – To było w lipcu w latach sześćdziesiątych. Zabawa była w Bustryku. Do dziewki z Bustryku zalecoł się chłopok z Białego Dunajca. Dziewka podobała się tyz kawalerowi tej samej wsi. Obydwa konkurenci spotkali się na zabawie i posprzecali. Ten z Dunajca wzion od ojca dziewcyny siekierę, wrócił i temu drugiemu odrąboł głowę – opowiada Stanisław Gromada.
– Przed wojną była tu tako gaździna w Zębie, co miała córkę. Roz jednemu parobkowi ją obiecywała, roz drugiemu. Dosło do tego, co się chłopy na polu siekierami pobiły. Jeden drugiego zabił. A gaździna dała córkę trzeciemu, chłopu z Marusyny – wspomina pan Gromada.
– Dawniej chłopy nie bili się na noże ino sie dowili – twierdzi góral. Nóz wloz do bitki po piersej wojnie światowej. A w casie międzywojennym wloz „bokser”, to był taki metalowy kastet zakładany na rękę. Moda na sztachety przysla niedawno, jak przysły płoty sztachetowe. Do II wojny światowej ludzie się nie ogradzali – tłumaczy starszy góral.
Bitki weselne
– Jak się na weselu nie pobili, to godali, ze nie bedzie scyńścia w rodzinie – twierdzi góral. – Teroz na weselach bitek coraz mniej. Ludzi kamerujom, kozdy się boi, ze go potem wychwycom – wyjaśnia jeden z rozmówców przyczyny zaniku dawnych zwyczajów.
77-letnia Helena Bafia z Bańskiej Niżnej na całe życie zapamiętała bitkę na weselu swojej siostry Agnieszki. – Na wesele przyśli żołnierze z podchorążówki. Ojcowie ich wpuścili, pogościli, pić i jeść dali. Jeden z nich wypił za dużo i zacon strzelać do powały. Chłopy mu broń zabrali, wyprosili z chałpy i wycupkali po łbie – opowiada kobieta. – A nietypowo bitka to była w Szaflarach, jak kawaler z jedną dziewką mioł dziecko, a z drugą się zynił. Ta pierso przysła do kościoła na jego ślub. Jak pon młody sedł juz od ołtarza, to go pod dzwonami przyłapała i tłuckcom po głowie wyłotała tak, ze musieli go od niej ratować – opowiada mieszkanka Bańskiej Niżnej.
Babskie bitki
Mówią, że na Podhalu można było też czasem oglądać babskie bitki. Do rękoczynów dochodziło najczęściej pomiędzy sąsiadkami, czasem powodem był też chłop. – Sarpały się za odzienie, skubały za włosy, ale nojwiękso zniewaga była wtedy, kie się jedna obróciła tyłem, podniosła spódnice i tej drugiej pokazała golom d… – opowiada góral z Szaflar.
Beata Zalot
Janiołów Wierch Wszędzie stąd daleko – do szkoły, do kościoła, do sklepu. Tylko do nieba blisko. A że wysoko, to i widoki zapierają dech, nie darmo przysiółek nazywa się Janiołów Wierch.
Piwnice po madziarskich winach, jedyne w Polsce sypańce, najwieksze na Spiszu wodospady, potok z zaklętymi żołnierzami, góra, ze zbójnickimi skarbami strzeżonymi przez diabły to tylko niektóre atrakcje na trasie Frydman – Falsztyn – Kacwin. Wszystkie te miejscowości znajdują się w pobliżu zabytkowego kosciółka w Dębnie i niedzickiego zamku. Tym razem proponuję jednak pominąć te dwie największe w regionie atrakcje.
Madziarskie wino
Do słynnych frydmańskich piwnic droga prowadzi przez jedno podwórko, potem koło psiej budy, wchodzi się przed okna kolejnego domostwa, budynek trzeba obejść, dalej łąka i strzegące zabytku syczące stado gęsi. Nagle przed oczami wyrasta nie pasujący do krajobrazu okrągły podworski budynek zwany „burghauzem”.
Jest to jedno z wejść do głębokich, dwukondygnacyjnych piwnic, gdzie przed laty przechowywano węgierskie wino. Kondygnacja górna składa się z trzech pomieszczeń, każde długie na 100 metrów. Pod nimi znajduje się drugi poziom, gdzie wędrować można już tylko z latarką. Wejście do najniższego trzeciego poziomu zostało zamurowane – twierdzi kilkunastoletnia mieszkanka Frydmana.
Dwieście lat temu piwnice należały do węgierskiej rodziny Horwathów z Paloscy, która sprowadzała madziarskie wina i sprzedawała w Polsce. Na początku naszego wieku piwnice trafiły do rąk spółki akcjonariuszy, a w końcu kupili je Prelichowie. Ostatnią beczkę z winem wyciagnął z podziemi przed laty Michał Prelich, ktory po zjedzeniu kawałka galarety, tak się upił, że nie mogli go ocucić.
-Dziś tam pustki.Turyści też rzadko tu przychodzom, casem jakaś skoła, studenci jacy, ale tak to mało – opowiada Anna Prelich, jedna z właścicielek podziemnych lochów.
W piwnicach niezależnie od pory roku utrzymuje się stała temperatura. -Zimą para się ulatnia nad nimi, jak z lokomotywy – opowiada. -Kiedyś nawet młodzi urządzali tam Sylwestra – dodaje,
-W 1953 roku piwnice wynajęła Centrala Ogrodnicza, chcieli przechować tu warzywa, ale im wszystko zagniło. Potem nawozili ziemniaków, to im się też wszystko zmarnowało. A my kilkanście lat temu mieliśmy tylko buraki w burghauzie, a tak to puste wszystko stoi – wspomina kobieta.
Córka pani Anny, Maria po mężu Kaszubie „Naczk” narzeka trochę na „dzikich turystów”. -Niech pani napisze, że to nie są bezpańskie piwnice. Ludzie przechodzą przez podwórko, depczą łąkę, nikogo nie pytają o pozwolenie, nawet dzień dobry nie powiedzą i wchodzą do piwnic. Jak ktoś przyjdzie kulturalnie, to nie mam nic przeciwko zwiedzaniu, nawet ktoś z nas moze poprowadzić – mówi Maria Naczk. -Gdyby mnie było stać, to pewnie bym coś tu zrobiła, choć konkretnych planów nie mam. Na pewno trzeba byłoby naprawić dach, zrobić schody – twierdzi.
Miejscowi rzadko odwiedzają piwnice, podobnie jak pobliski kasztel wybudowany pod koniec XVI wieku. -Kasztel dziś jest prywatny, nie puscom was do środka, ludzi psami strasom – przestrzega starsza kobieta.
Sobieski we Frydmanie
Poleca za to odwiedzenie starego Kościoła, w którym „Jan III Sobieski wracajac z pogromu Turków do mszy służył”. -Mówili, że zostawił tu złoty krzyż, ale go potem ktos skradł – opowiada Anna D. Młoda frydmanianka pokazuje też ulicę, którą król wraz ze swoim wojskiem jechał, dziś ulica nosi imię Jana III Sobieskiego.
Niedaleko wsi, w pobliżu drogi prowadzącej do Falsztyna znajduje się góra „Zor”. -Ludzie mówią, ze tam w grocie skarby som ukryte. Kilkanaście lat temu chłopcy pośli ich sukać. Kiedy próbowali odsunąć wielkie kamienie, przysła burza, pierunami biło, chłopcy straśnie uciekali, potem śmiech po wsi z nich był – opowiada A. Prelich. – Bo zbójnicy zakopali, a teroz diabli warują i nikogo nie dopuscą – dodaje. Zdaniem innej frydmanianki skrzynia ze skarbami otwiera się tylko w Wigilę Bożego Narodzenia.
Frydman ma jeszcze jedno tajemnicze miejsce – Potok Mariasowy. -Graf Marias to był wielki pan, jesce za casów Janosika. A w potoku som dworscy zaklęci żołnierze, oni tam siedzom, konie kłują, casem ich słychać – uzupełnia A. Prelich.
Wieś „hereśtantów”
Falsztyn czyli „Sokola skała” to dla turystów przeważnie dwa ostre zakrety, które samochodem mija się w ciągu kilkunastu sekund. Według legendy wieś znajdowała się kiedyś z drugiej strony potoka. Był tam klasztor i więzienie, w którym mnisi zamykali zbójów. Ponieważ „herestańci” się nawrócili, zostali uwolnieni i przy klasztorze załozyli wieś. Józef Czajka nie zna tej legendy, ale wskazuje miejsce, gdzie jego zdaniem leżała wcześniej osada: – Falsztyn był tam na dole, ale wieś zburzyli Tatarzy. Archeolog to badał, odkrył miejsce, gdzie był kościół. Sam widziałem fundamenty, bom mu pomagał. Ludzi też chowali, bo kości ludzkich było w pierniki.
Najstarsza mieszkanka Falsztyna, Katarzyna Bogaczyk uzupełnia, że miejsce to nazywa się „Kościeliska”: – -Moja mama wse godali, ze tam był klaśtor i karcma. Teroz na tym wyrósł las, a nawet lasu teraz tam nie ma. Wojny były. „Kutkuryci” nazywali te wojska.
O wiele więcej mieszkańcy mogą opowiedzieć o późniejszych czasach. Falsztyn był wsią, w której najdłużej w Polsce, bo do 1931 roku, utrzymała się pańszyzna. Po właścicielu wioski baronie Jugenfeldzie i jego rodzinie pozostał zrujnowany kasztel i trzy grobowce na „Zielonych Skałkach”. -Grobowce tych panów som tam, nad wsią. Nie dali się ogrodzić, to dziś po tych grobach bydło chodzi – ubolewa J. Czajka. -Pańszyzny nie pamiętam, ale na dwór do roboty chodziłem. Kosiarzowi we żniwa płacili 90 groszy, babie 30. Po wojnie pole rozparcelowali. Gazdy my, ale kiepsko się onacy, lasów nom nie dali. W lesie siedzimy, ale to państwowe. Jak się kto buduje, drzewo trza kupować w drugiej wsi
Przez Niedzicę bez fajki.
Do Kacwina jedzie się przez Niedzicę. Wieś odwiedzaną głównie ze względu na zamek podziwiał już Seweryn Goszczyński. Już w tamtych czasach wieś ze względu na zwartą zabudowę trapiły czesto pożary. Dlatego na słupie przy wjeździe do wsi wymalowano według relacji poety „surowy zakaz palenia fajki”.
Kacwin leży na uboczu. Miejscowość warto odwiedzić ze względu na największe w okolicy wodospady i jedyne w Polsce „sypańce”. Były to spichlerze o unikalnej konstrukcji. Wewnątrz ściany były podobnie jak w chałupach drewniane, a z wierzchu obsypywane grubą warstwą gliny. -Jęczmień my tam mieli i spyrke, bo tam była stała temperatura – wspomina Zofia Pacyga –Sypańce budowało się z dala od domu, by w razie pożaru pogorzelcy nie zostali bez niczego -wyjaśnia.
Kocy zamek
Józef Zązel namawia, by odwiedzić zarośniętą dziś górę „Kocy zamek”, gdzie według legendy znajdował się właśnie zamek. Według mieszkańców, Kacwin był kiedyś miastem, o czym świadczą „tylki’ – ślady po wartowniach znajdujacych się z czterech stron miejscowości. -A tam, gdzie moje posadzone, to na pamiątke śmierci cesarzowej, żony Franciszka Józefa, która tam umarła – mówi J. Zązel. „Mojami” nazywają w Kacwinie modrzewie. –Nie daleko stamtad, na górze Łosopysek jest kaplica matki Boskiej Śnieżej, na pamiątke jak 15 sierpnia tą całą góre obsypało śniegiem – dodaje.
-Skarby po zbójnikach som i u nos, ino nie wiadomo gdzie – uzupełnia Jan Magiera. -Dwie skrzynki po Janosiku juz znaleźli, jedną w Niedzicy, drugą na Słowacji, a trzecio jest jesce nie odkryto w Kacwinie.
-A sypańce to ino specom Kacwin, trza je roztrzepać, bo to takie budy – przekonany jest J. Zązel.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Chatka u Metysa
Jedni mówią, że to miejsce niezwykłe, jedyne na świecie. Miejsce pełne magii, niezapomnianej atmosfery. Miejsce, do którego się wraca. Inni (“ci z dołu”) mówią, że to taki punkt zbiorczy ludzi dziwnych. Są i tacy, którzy twierdzą, że tam tylko jacyś hipisi chodzą, ćpuny i ci z hare kriszna. To ci, którzy nigdy tu nie byli.
-Różni ludzie tu przychodzą. Poeta, urzędnik, jasnowidz, ducholog i góral z Leśnicy koło Nowego Targu. Przyjdzie schizol. Komety mu latają. W porządku. Każdego akceptujemy takim jaki jest. Są i tacy, którzy wycofują się z drzwi, gdy widzą, że nie ma recepcji, dyrektora – twierdzi długowłosy Metys, który gospodarzy tu od 7 lat.
“Metysie, Metysie,
Prawdziwy Chrystusie
Idziesz śladem jego
życia tak trudnego.
Leczysz nasze zdrowie
Serca leczysz dusze
Kiedy w górach będę
Odwiedzić cię muszę” –
napisał góral z Leśnicy w zeszycie, który jest swoistą kroniką tego miejsca. Pomiędzy wierszem, a mandalą narysowaną przez Uleńkę (kobietę “Metysa”) kolejny wpis:“W tej chacie mieszka mój spokój i radość”albo “Metys! Dziękuję ci za poranną herbatę. Cudowne przeżycie po takiej zimnej nocy. Widok na Tatry był cudowny podczas spaceru”.
PONIŻEJ TURBOLOTU
“To jedyne miejsce na świecie, gdzie panuje tak fantastyczna atmosfera, nie zdzierają za nocleg, a herbata jest za darmo” – taką informację przesłał do redakcji Tygodnika Podhalańskiego Szczepan Pajor.
Dżdżysta aura nie sprzyja wędrówkom po Gorcach. Wijące się mgły, błoto. Aż dziw, że w schronisku na Turbaczu taki tłok. Gwarno. Zmarznięci i zdyszani turyści raczyli się bigosem i herbatą z torebki. Ceny wprost proporcjonalne do wysokości nad poziomem morza. Po jadalni biegały dzieci, jakiś turysta studiował mapę Gorc, zakochana para piłą gorącą herbatę z jednego kubka. Mężczyzna pracujący w kawiarni na Turbaczu wskazuje drogę do “Chatki”. -To trochę dziwni ludzi – mówi o jej mieszkańcach. -Ale nikomu nie przeszkadzają. Są uprzejmi i życzliwi. Przychodzą tu czasem się wykąpać – twierdzi.
MANDALE ULEŃKI
Kilka minut drogi od schroniska na Turbaczu znajduje się “Chatka”, niby też schronisko, ale zupełnie inne. Idzie się do niego cały czas z góry, potem trzeba zboczyć w lewo, przejść przez kładkę, niewielki las i w końcu na polanie ukazuje się drewniany budynek. Jeszcze drewniane schody w ciemnej sieni, skrzypnięcie drzwi, za którymi jest równie mroczne pomieszczenie. Ciepło z palącego się pieca, zapach przypraw i grzybów, przyciszone rozmowy, herbata z domieszką cynamonu, niezwykłe mandale Uleńki, gar gorącej potrawki bulgoczącej na piecu, wieczorem świeczka zamiast żarówki. Takie dziwne miejsce. -Idziecie z Turbolotu? – mówi gospodarz “Chatki” zapraszając do środka.
Budynek jest własnością Stacji Hodowli Owiec w Bielance. Część mieszkalna od lat 70 dzierżawiona jest od Akademii Rolniczej i pełni rolę czegoś w rodzaju studenckiego schroniska. Swojej niezwykłości “Chatka” nabrała dopiero, odkąd gospodarzy na niej “Metys”.
WYBRAŁ GORCE
W Gorcach mieszka od 1976 roku. Przyjechał z Poznania. -Siedziałem na schroniskach, gdy brakowało jakiegoś pracownika, pomagałem. Zimą schodziłem do wsi. Robiłem za parobka. Pracowałem za jedzenie i spanie. “Chatką” opiekował się wtedy były student AR. Jesienią 1991 roku poprosił mnie, żebym posiedział tu dwa tygodnie, bo on musi wyjechać. Koleś nigdy się tu już nie pojawił, a dla mnie z dwóch tygodni zrobiło się 7 lat – opowiada.
Kuchnia na piętrze jest centralnym miejscem. Tu jest piec, gdzie przyrządzane są posiłki, stół przy którym się przesiaduje, prycza Uleńki i Metysa. W pomieszczeniu obok znajduje się 15 łóżek dla gości. Latem tyle samo osób może przenocować w sali na parterze. W budynku nie ma wody ani światła, kibel znajduje się 35 kroków dalej. -Rektor Akademii Rolniczej dał nam wolną rękę, co do opłat za nocleg. Stanęliśmy na 5 zł. Herbata jest za darmo, jak ktoś jest głodny to też nakarmimy – mówi “Metys”.
-Dla wielu osób, jest to bardzo ważne miejsce, miejsce gdzie czują się bezpiecznie, gdzie zawsze mogą wrócić – dodaje Uleńka. Młoda dziewczyna pokazuje zeszyt z mandalami, które rysuje. Pomiędzy rysunkami wpisy gości “Chatki” – wiersze, podziękowania, wynurzenia.
CI Z DOŁU
Ludzie z dołu (tak nazywa ich Metys) mówią, że “Chatka” to zbiorowisko dziwnych ludzi, że Metys to taki facet powyżej czterdziestki, z długimi włosami, dziwak. Uleńce się dziwią, że taka młoda, ładna dziewczyna, a wybrała takie życie. Z dala od cywilizacji, mód, że może żyć bez światła, bez wody w kranie, nowych kiecek. Niektórzy nawet przestrzegają. Mówią, że to hipisi, wegetarianie, narkomani, że wyznają jakąś dziwną filozofię, nie wiadomo w co wierzą, że rodzice boją się o swoje córki, które chodzą do “Chatki”. -Mówią o Metysie i “Chatce” źle, bo mu zazdroszczą – wolności, pięknej kobiety, tego, że potrafi żyć bez pieniędzy, że umie być szczęśliwy. Oni się dorabiają – mają pieniądze, samochody, nie atrakcyjne żony. Nigdy nie będą mieli tego, co ma Metys – wyjaśnia jeden z nowotarżan, zaprzyjaźniony z “Chatką”.
-Wreszcie mam swój dom – mówi Metys. -Ja do miasta już nie wrócę. Wyszedłem z obiegu. Na dole są inne, dziwne zasady. Ja ich już nie rozumiem. A na dole dla nich to ja jestem nienormalny – dodaje.
ZŁE WIEŚCI
Ostatnio coraz częściej pojawiają się wieści, że budynek ma wydzierżawić dyrekcja Gorczańskiego Parku Narodowego. Chcą w “Chatce” zrobić stanicę konną. Na wiosnę ma się zacząć remont budynku. Dla osób, które od lat przyjeżdżają do “Chatki” to prawdziwa tragedia.
Metys przyjmuje wieści z dołu ze stoickim spokojem. -Są już podpisane umowy z parkiem. Dali mi termin do wiosny. Myślę jednak, że ktoś musi pilnować tego przez cały rok. Choćby podłączyli prąd i co dzień dawali inną pannę, trudno będzie znaleźć chętnego – twierdzi. Marzy, że nowy gospodarz – dyrekcja parku, pozwoli mu tu zostać. -Gdyby zostawili te dwa pomieszczenia na “Chatkę”, ludzie nadal mogliby tu przyjeżdżać, a ja pilnowałbym budynku przez cały rok – mówi. -Do zagospodarowania jest jeszcze olbrzymi strych i cały dół wraz z owczarnią.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Sutor zapomniany
Edward Sutor mógł stać się dla Nowego Targu tym, kim Nikifor dla Krynicy.
Tyś rosła na Turbaczu
Był zwykłym małomiasteczkowym fryzjerem. W genialnego artystę przeobraziły go przeżycia wojenne i będąca ich następstwem choroba psychiczna. Znawców sztuki zachwycił wyczuciem formy, oryginalnością swoich rzeźb, niesamowitą ich prawdą, energią; archetypicznym postrzeganiem cywilizacji. Krytykom sprawił kłopot ze względu na trudność zaklasyfikowania jego twórczości. Kolekcjonerzy ciągle nachodzą jego rodzinę..
Na ogromnych taczkach przywoził kłody drewna z gorczańskich lasów, kamienie z szaflarskich kamieniołomów i znad Dunajca. Nie nadawał nigdy tytułu swoim rzeźbom. Pamiętał za to, gdzie znalazł tworzywo. Mawiał do swoich drewnianych czy kamiennych figur: „Tyś rosła na Turbaczu……Ciebie znalazłem pod lotniskiem…..”.
Tworzył tylko dla siebie. Za pomocą siekiery, gwoździa czy wyprostowanego pręta, które zastępowały dłuta wyczarowywał postacie swojego nierealnego świata. Najczęściej głowy. Może dlatego, że jak powiedział swojej siostrze – swoją głowę gdzieś zgubił i ciągle jej szuka. Rzeźbił też całe postacie. Kobiece akty. Kobiety kochanki emanujące zmysłowością, seksem, agresywne i drapieżne, czasem kobiety – matki, opiekunki. Rzadziej wyciosywał z kawałków drewna mężczyzn i dzieci. Cały dom i ogród roił się od sutorowych postaci. Rozmawiał z nimi, pozwalał się im rodzić, inne okaleczał, deformował, zmieniał, czasem kazał im umierać, odprawiając rytuał pogrzebu. Swoistą sceną dla tego surrealnego teatru była mroczna piwnica, w której rzeźby ustawiał na specjalnych postumentach, ławkach i stosach. W tym teatrze, który stał się jedynym prawdziwym światem Sutora, powstawały opowieści o narodzinach i śmierci, o okrucieństwie, bólu, strachu, ale i miłości. Ten sutorowski teatr z jego drewnianymi i kamiennymi postaciami w rolach głównych, poprzedziły, niemniej mroczne sceny podyktowane przez życie.
Akt I. Narodziny Sutora
Nowy Targ. Galicyjskie, prowincjonalne miasteczko, w którym życie skupiało się wokół kościoła, rynku, budynku Sokoła. W wielodzietnej rodzinie robotniczej mieszkającej przy Placu Słowackiego 12 kwietnia 1917 roku jako szóste z kolei dziecko – przychodzi na świat Edward Sutor. Zwyczajny chłopiec, niczym się nie odznaczający. Nie ma zainteresowań artystycznych ani kontaktu z wielką sztuką. Za to z zamiłowaniem kopie piłka, jeździ na nartach, uprawia gimnastykę. Ojciec umiera wcześnie, więc utrzymanie szóstki dzieci spoczywa na barkach matki. Edward musi więc szybko zakończyć edukację. Zostaje fryzjerem.
Akt II. Sutor na robotach.
Rok 1940. Edward zostaje wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Jakich tragedii jest uczestnikiem, czego tam doświadcza, nie wiadomo. Legendy o jego wielkiej miłości, torturach – z czasem rozrastają się do legendy. Jedno jest pewne, wraca odmieniony. Ktoś w Niemczech zaszywa mu dokumenty w ubraniu i wsadza do pociągu. Dzięki życzliwości jakiś ludzi – dociera w 1942 roku do Nowego Targu. Z jego chaotycznych relacji, nie dało się odtworzyć przebiegu tamtych wydarzeń. –Bili mnie, a ja stałem i wołałem; mamo, mamo – to jedyna relacja opowiedziana jego siostrze – Anieli Stefaniak, która już do końca jego życia, roztoczy nad nim opiekę.
-Na roboty do Niemiec trafił z moim ojcem Mieczysławem Stefaniakiem i Kosturem. Pracowali tam w trójkę i razem postanowili uciec. Ojcu i Kosturowi udało się, a wujka – Edwarda Sutora złapali – opowiada Teresa Rokicka, krewna rzeźbiarza. –Nie wiem co tam z nim później robili, że tak się zmienił. Babcia tylko opowiadała, że pracował jako fryzjer i ścinał esesmanów. Tam zakochał się w jakiejś niemieckiej fryzjerce. To ona potem, kupiła mu bilet i wsadziła do pociągu. Dzięki niej wrócił do Polski – twierdzi. –Tęsknił za tą kobietą. Widać to w jego rzeźbach – dodaje. –Tak naprawdę nie wiadomo co z nim się działo w Niemczech, czy był torturowany, czy przeżył jakąś wielką miłość – to wszystko przypuszczenia. Z nim po powrocie nie było już kontaktu – przekonuje Antoni Nowak.
Akt III. Powrót Sutora
Chce znowu być fryzjerem, chce jak dawniej być lubiany, szanowany. Nie pasuje już do nowotarskiej społeczności. Jest odmieńcem. Dzieci za nim rzucają kamieniami, przezywają go. Nikt nie poważa. Schizofrenia powoduje, że izoluje się coraz bardziej . Stwarza własny świat, który zapełnia swoimi rzeźbami. Jedyną żywą osobą, która ma dostęp do świata Sutora – jest siostra Aniela, nazywana przez niego matką. Jej twarz uwiecznia na wielu rzeźbach. To ta kobieta z pofalowanymi włosami.
Przestrzeń domu i ogrodu zapełnia się szybko drewnianymi i kamiennymi postaciami. Jest ich mnóstwo. Kiedy Sutora nie ma w domu, siostra Aniela wyrzuca figury, wywozi na taczkach nad potok wpadający do Dunajca. Wtedy jeszcze nie wie, że kiedyś będą w cenie. Czasem kamienne olbrzymy pomaga wywozić jej wnuczka.
-Pamiętam jak z ogromnymi taczkami jeździł do lasu w Gorcach, do kamieniołomu w Szaflarach, skąd zwoził budulec. Kiedyś jako chłopiec, poszedłem za nim aż do jego domu. Zobaczyłem za parkanem fundamenty piwnic, a na nich poukładane rzeźby – wspomina Antoni Nowak. To był niesamowity widok – dodaje.
-Miał ogromne taczki, które sam sobie zrobił, siekierę i takie prymitywne dłutko, którym rzeźbił. Do ogrodu nawoził wielkie ilości ziemi, sadził sosenki. Wszędzie były jego rzeźby – w ogrodzie, w domu, w piwnicy – opowiada Teresa Rokicka, wnuczka Anieli. Stefaniak –Nie pozwalał ich ruszać ani sprzedawać. Babcia je wykradała, kiedy jego w domu nie było. Musiała, bo nie mieli za co żyć – dodaje. –Babcia nie miała łatwego życia, nacierpiała się sporo, poświęciła się swojemu bratu. Bała się, że umrze wcześniej. Prosiła mnie, żebym się nim opiekowała – opowiada krewna rzeźbiarza.
Aniela Stefaniak przeżyje jednak swojego o 17 lat młodszego brata. Do końca jego życia, dba jak o dziecko, chodzi z nim po lekarzach, pisze o zapomogi do różnych instytucji, wydeptuje ścieżki w ministerstwie sztuki. Kiedy Edek przebywa w zakładzie psychiatrycznym, pożycza jego rzeźby na wystawy. Czasem sprzedaje. Kiedy jest w domu, nie pozwala ich nikomu tknąć.
Akt IV. Odkrywanie Sutora
Odkrywa go Leon Jończyk, nowotarski artysta, twórca galerii „Papilio”, która istniała w Nowym Targu w kawiarni Jaskierskich przy ul. Sobieskiego. On „zaraża” Sutorem ówczesnego dyrektora Powiatowego Domu Kultury w Nowym Targu Antoniego Nowaka, W roku 70 odbywa się pierwsza wystawa jego rzeźb w Nowym Targu. Potem Sutorem zaczyna się interesować Helena Średniawa, kustosz Muzeum Tatrzańskiego, która organizuje wystawę w Zakopanem. Kolejne ekspozycje rzeźb Sutora odbywają się w Krakowie, w Warszawie. –Kiedyś, gdy poczuł się trochę lepiej, siostra go wyszorowała, ładnie ubrała i zabrała na wystawę jego prac do Zakopanego. Sutor przeszedł się po sali, powiedział: „niech się uczą” i wyszedł – opowiada Antoni Nowak.
O Sutorze zaczyna się mówić, pisać, jego rzeźbami zaczynają się interesować krytycy, dziennikarze, kolekcjonerzy. Rzeźby nabierają ceny. Żeby je sprzedać, siostra musi je ukradkiem wynosić z domu. Artystę z Nowego Targu docenia nawet ministerstwo sztuki, które funduje mu comiesięczny zasiłek.
Siostra Aniela Stefaniak jest z nim na dobre i na złe. Troszczy się o niego, zapewnia mu byt, stwarza warunki dla jego rzeźbiarskiej pasji. Nie ma łatwego życia. Bywa, że Sutor goni za nią po domu z siekierą. O swojej gehennie pisze w piśmie do urzędu skarbowego prosząc o umorzenie domiaru, jaki dostała po sprzedaniu rzeźb władzom miasta.
-Jeszcze za życia wujka przyjeżdżali kolekcjonerzy z Niemiec, którzy chcieli kupić te rzeźby. Ale babcia wolała je sprzedać miastu, żeby zostały w Nowym Targu i za to potem chcieli dołożyć jej domiar – opowiada Teresa Rokicka, wnuczka Anieli.
Pokazuje pokój Sutora, który od jego śmierci nic się nie zmieniło. Stoi jego łóżko, kafelkowy piec przy którym rzeźbił i przy którym w noc sylwestrową – 1 stycznia 1984 roku zmarł.
Akt V. Sutor w magazynie
Zanim umarł, jego rzeźby trafiły do kolekcji Muzeum Tatrzańskiego, Muzeum Etnograficznego w Krakowie, a także do wielu prywatnych zbiorów. –Tuż po jego śmierci, w 1984 roku jego spuścizną bardzo interesowało się Muzeum Tatrzańskie. Zaczęli już nawet w jego domu robić inwentaryzację. Poszedłem do ówczesnego naczelnika miasta Ślimaka i zacząłem go namawiać, żeby Nowy Targ zakupił te rzeźby. Potem poszedłem do Stefaniakowej, której długo nie trzeba było namawiać, żeby rzeźby Edka zostały w Nowym Targu – opowiada Antoni Nowak. Tak za niebagatelną sumę 1 mln 100 tys. zł, wyższą niż proponowali Stefaniakowej zakopiańczycy, około 300 rzeźb trafiło do Muzeum Podhalańskiego w Nowym Targu. Do 1994 roku część z nich można było oglądać w jednym z pomieszczeń w muzeum przy ul. Sobieskiego. Wcześniej, w 1986 roku w nowotarskim ratuszu odbyła się duża retrospektywna wystawa jego prac, która odbiła się głośnym echem. Rzeźby Sutora zagrały też w widowisku plenerowym wyreżyserowanym przez Jerzego Zonia.
Sutor nieokreślony
Sutora trudno zaklasyfikować. Nie przystaje do niego etykietka twórcy ludowego ani naiwnego. Niektórzy doszukują się śladów sztuki afrykańskich, rzeźb voodoo, szukają odpowiedzi w sferze podświadomości, w archetypach. Jego rzeźby wzbudzają różne reakcje. Jednych odrzuca stworzony przez chorego artystę zdeformowany świat opowiadający w tak drastyczny sposób o ludzkich emocjach, pożądaniu, bólu czy strachu. Nikt natomiast nie dyskutuje już dziś o jakości artystycznej tych prac.
„Rzeźby (Sutora – dop. red.) należą do kręgu twórczości Art Brut, dzieł poza czasem i przestrzenią. Niektóre z nich sprawiają wrażenie prehistorycznych wykopalisk, inne przywodzą na myśl totemy, sztukę Grecji, Indii, Meksyku. Jednak przy wszelkich nasuwających się porównaniach są to przede wszystkim rzeźby Sutora” – pisze prof. Aleksander Jackowski w książce „Sztuka zwana naiwną”. -Nie waham się powiedzieć, że Sutor to największa postać artystyczna w Nowym Targu i okolicy. To świetne rzeźby – doskonałe w formie, bardzo mocne w wyrazie, piękne w kolorze. Czuje się w nich niesamowitą uczciwość i szczerość. Wciąż są aktualne – twierdzi Marian Gromada, artysta z Ostrowska. –Sutor potrafił ten współczesny szalony świat świetnie scharakteryzować. To ktoś na równi z Nikiforem, choć jako zjawisko artystyczne – zupełnie odrębne. Krynica szczyci się Nikiforem, Sutor mógłby być marginesem dla Nowego Targu. To woła o pomstę do nieba, że jego rzeźby siedzą w magazynach – uważa. Podobnego zdania jest Antoni Nowak, który przed laty jako jeden z pierwszych odkrył Sutora: –To wielki artysta, zasługuje na stałą ekspozycję – twierdzi Nowak. –To nie był tylko rzeźbiarz, Sutor to postać surrealistycznego teatru postaci. Całe jego życie wpisane było w ten teatr. Rzeźby rodziły się, umierały, rozmawiał z nimi. Świat Sutora był zamknięty, hermetyczny. Potrafił doskonale wykorzystywać tworzywo, znaleziony materiał – w kamieniu czy kłodzie widział przyszły kształt rzeźby – opowiada o nim Antoni Nowak. -To nieprawda, że świat o nim zapomniał – ciągle jest wystawiany, ostatnio odbyła się wystawa jego prac w USA, dużo o nim napisano, trafił do książek, powstały o nim filmy. To tylko Nowy Targ o nim zapomniał – przekonuje. -My nowotarżanie powinniśmy przede wszystkim zadbać, aby to oryginalne i intrygujące, aczkolwiek różnie oceniane zjawisko w sztuce – było zauważone – twierdzi Antoni Nowak.
Beata Zalot, Tygodnik Podhalański
Nasz Tischner
Do Bułowej zza płotu zachodził na kwaśnicę, u Szewczyków zajadał się pierogami z borówkami. Był uosobieniem góralskiego humoru. Po góralsku pojmował honor i ślebodę. Dawał przyjaciołom śluby, chrzcił, odprowadzał na cmentarz. Kiedy trzeba było nie szczędził gorzkich słów. Wiedzieli, że jest wielkim filozofem, pisarzem, kaznodziejem. Mówili o nim z dumą
Nasz Tischner
Hance Bułowej obiecał, że udzieli jej ślubu. Kiedy nadeszła w końcu ważna dla niej data, Tischner był akurat w Austrii, bardzo czymś zapracowany. Żeby dotrzymać dane słowo, Profesor przyleciał z Wiednia do Nowego Targu wynajętym samolotem. -Jak się ma honor, pieniądze się nie liczą – tłumaczył zaskoczonym łopusznianom.
Łopuszna, Jurgów, Stary Sącz to miejsca, z którymi był związany. W gorczańskeij wsi, gdzie rodzice byli nauczycielami, spędził jednak najwięcej czasu. O rok młodszy od Ks. Tischnera Wawrzek Kuchta pamięta go jeszcze ze szkoły: -Józek rósł z nami, choć był synem kierownika, nie wywyższał się. Mówił gwarą. Bawili my się często. Do bitki gorliwy nie był, ale i nikt do niego nie podskoczył, bo był od dzieciństwa chłop postawny – opowiada kolega z dzieciństwa.
Łopuszniańskie gazdowanie
Do Łopusznej zawsze wracał. W Gorcach miał maleńki szałas, w którym pisał swoje książki. Od kiedy we wsi stanął jego stylowy dom, bywał tu systematycznie. Tu wypoczywał, pracował, sadził bzy, odwiedzał sąsiadów, przywoził gości. Czuł się po góralsku gazdą.
Wybitny filozof, etyk, współtwórca ruchu solidarnościowego, człowiek renesansu, kaznodzieja, autor wielu książek, wychowawca, autorytet – to tylko niektóre określenia z nekrologów, które ukazały się w prasie po jego śmierci. -Jedna znana aktorka mówiła mi kiedyś, że marzy, żeby móc uścisnąć rękę Tischnerowi. A my mieliśmy go tak blisko – opowiada Stansława Szewczyk prowadząca w Łopusznej Zespół im. Ludwika Łojasa. Ten zespół był jego oczkiem w głowie. –Trudno nam sobie wyobrazić, że go nie ma. Wiem, że będzie z góry zagrzewał nas do roboty, do tańca i śpiewu. Zawsze nam pomagał, wspierał duchowo i swoje honoraria na zespół przeznaczał. Dzięki Księdzu świat był otwarty dla zespołu. Występowaliśmy w telewizji, nagrywaliśmy kasety, wyjeżdżaliśmy za granicę. Często graliśmy dla niego i dla jego gości – opowiada.
Tischner z grabiami
Górale traktowali go jak „swojego”. Przychodzili do niego z poważnymi sprawami, czasem zawracali głowę głupstwami. Prosili, żeby załatwił miejsce w szpitalu, żeby pomógł w staraniach o indeks na uczelnię, z prośbą o sprowadzenie za granicy rolniczej maszyny. Pijacy pukali do jego drzwi, żeby pożyczył kilka złotych. To był taki człowiek, że każdemu pomógł – nawet złodziejowi i pijakowi – twierdzi sąsiad Józef Buła. Nie raz my widzieli jak pijaki się do jego domu dobijały i prosiły o grosz wymyślając jakieś kłamstwo. Mówiliśmy, żeby ich do nas odsyłał. Raz siedząc przed swoją bacówką, zobaczył chłopa siłującego się ze ściętym bukiem. Podszedł i pomógł nałożyć drzewo na wóz. Po jakimś czasie właściciel wrócił i szuka drzewa. Wtedy okazało się, że Tischner złodziejowi pomógł – opowiada sąsiad Profesora.
-Obarczaliśmy go różnymi swoimi problemami, nigdy nie odmawiał pomocy – mówi Wanda Szado-Kudasik. -Kiedy leżałem w Krakowie na klinice, wystarczyło, żeby mnie odwiedził, a moja sytuacja w szpitalu diametralnie się poprawiła. Skakali koło mnie bardzo – wspomina Andrzej Kudasik.
Za jego pośrednictwem do Łopusznej przyszedł kiedyś z Austrii transport maszyn rolniczych, które były we wsi rozdawane. Dwie dziewczyny wyjechały do Austrii na naukę w tamtejszych szkołach rolniczych – wymienia Stansława Szewczyk. -Jemu sprawy wsi zawsze były bliskie. Pytał, co u kogo słychać, kto co robi, kto się żeni. Jak dowiedział się, że się ludzie kłócą, to się martwił – opowiada sąsiadka. Jak idąc na bacówkę, Tischner widział że pracujemy w polu, rzucał plecak i zbierał z nami w grule czy siano grabił. Taki był – opowiada Wawrzek Kuchta.
Parowóz pustelnika
Wszyscy zapamiętaja jego humor. –Kiedyś patrzymy przed nasz dom zajeżdża Tischnera auto. Czekamy i czekamy a księdza nie ma. W końcu wysłałam syna, żeby sprawdził, gdzie jest ks. Tischner. Syn wraca i mówi, że Ksiądz siedzi w samochodzie i coś czyta. W końcu przyszedł. Ja żartuję, że pewnie jakieś zbereźne rzeczy czytał i dlatego tak długo siedział w samochodzie, a on na to: „A pewnie! Nie będę umierał w nieświadomości jak ten pustelnik, który przed śmiercią miał dwa życzenia: zobaczyć parowóz i gołą babę. Ledwo pustelnik wypowiedział swoje prośby, a zaraz pojawił się obłok.” – ciągnie opowieść ks. Tischner – „a na obłoku ukazał się parowóz. Pustelnik popatrzył i mówi: No, gołą babę już widziałem, teraz chciałbym jeszcze zobaczyć parowóz” – przypomina tischnerowską opowiastkę Stanisława Szewczyk
Baba wse wereda.
„Z drzwiami w samochodzie jak z babą, jak się nie strzeli, to się nie zamknie” – wspomina ulubione powiedzenie Ks. Tischnera Renata Szewczyk. -Oj, babom to on zawsze docinał – mówi Wanda Szado-Kudasik. -Baba wse wereda – powtarzał często.
–Kiedyś widząc go w drzwiach mówię: „o jaka niespodzianka” –opowiada Andrzej Kudasik. -A Ks. Tischner na to: „”Ksiądz, miłość i sracka przychodzą znienacka”.
Potrafił jednym słowem rozładować napięcie. Pamiętam tuż przed nagraniem „Godziny Szczerości” jak Paradowska się denerowała. Raz mówiła do niego „proszę księdza”, raz „proszę pana”. On patrzy na nią i mówi: Mów mi Józek! Wtedy całe zdenerwowanie prysło! – wspomina Wanda Szado-Kudasik.
Potrafił żartować nawet wtedy, kiedy był ciężko chory. -Pamiętam jak podczas jednego ze spotkań, kiedy już mówił szeptem i jadł przez rurkę, mówił, że jakby się ktoś chciał odchudzić to pożyczy swojej rurki – opowiada Stanisława Szewczyk.
Turbacz
-Poznałam go, gdy występowaliśmy z okazji 25-lecia Jego kapłaństwa. Rok później poprosiliśmy Go, żeby poszedł z zespołem na Turbacz. Taki początek miały słynne później msze pod Turbaczem – twierdzi Stanisława Szewczyk. -To było niesamowite. Szliśmy z nim razem. Śpiewaliśmy, żartowaliśmy, potem ta msza na polowym ołtarzu wśród śpiewu ptaków, jego piękne kazania pełne prostych, ale głębokich słów – mówi.
Wanda Szado-Kudasik wspomina z kolei msze polowe Tischnera odprawiane dla przyjaciół na Zarębku w Łopusznej, po szałasach, polanach: -To było jeszcze przed powstaniem „Solidarności”.Ksiądz pojawiał się zawsze ze składanym kielichem, a rolę „kościelnego” pełnił jego kolega z ławy szkolnej – Władysław Sięka. Atmosfera była niezwykła. W trakcie nabożeństwa przygrywała góralska muzyka – opowiada Wanda Szado-Kudasik. –To on przecież wprowadził muzykę góralską do Kościoła, wcześniej było to nie do pomyślenia – dodaje Andrzej Kudasik
Góralszczyzna na wyżynach
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak wiele zrobił dla kultury góralskiej- mówi Wanda Szado-Kudasik. –To jest człowiek miary Orkana i Tetmajera. On podniósł wartości góralskie do rangi wartości narodowych. Rozsławiał Podhale – podkreśla.
Mawiał, że to jest prawdziwe, co da się przełożyć na gwarę góralską. Do kultury góralskiej nawiązywał w swoich filozoficznych wykładach, górale towarzyszyli mu w telewizyjnych programach. Znajdował czas, żeby uczestniczyć w różnych imprezach dowartościowując w ten sposób pracę lokalnych zapaleńców. Był stałym bywalcem „Degustacji potraw regionalnych” w Łopusznej”. Górale kochali go także za to, że jak nikt potrafił ich słuchać. W słowach prostych ludzi znajdywał głębsze sensy.
Sąsiad zza płotu
Dla Zofii i Józefa Bułów z Łopusznej, Józef Tischner to po prostu sąsiad. Wpadał na obiad, pożartował przez płot, wnukowi Krzyśkowi przyśpiewkę góralską zanucił. -Lubił kwaśnicę, groch z kapustą, moskole – góralskie proste jedzenie – mówi Zofia Buła. -Żył sprawami wsi – pamiętał przydomki, imiona. Dowiadywał się, co u kogo słychać, kto się z kim żeni. Martwił się, jak ktoś się pokłócił – dodaje. -A co tu dzięki niemu napatrzyliśmy się na różne znane osobistości! – mówi kobieta. -Michnik często bywał, ten wąsiaty Żakowski, Turowicz, Konopka, biskup Nycz, z zagranicy różni goście. Czasem człowiek nie wiedział nawet, kto to- wymienia mąż Zofii. –Jak był jeszcze zdrowy, chodził na swoją bacówkę na Sumolową Polanę. Książki tam pisał. Potem już tylko koło domu się kręcił. Lubił drzewka sadzić w ogrodzie – świerki, bzy – dodaje mąż Zofii, Józef.
Byli chłopcy byli
Zawsze cieszył się z sukcesów Podhalan. Nie odmawiał pomocy. Marian Gromada z Ostrowska jako młody artysta tuż po studiach zwrócił się do księdza Tischnera z prośbą o napisanie wstępu do katalogu wydawanego z okazji wystawy w krakowskim BWA. Ks. profesor nie tylko się zgodził, ale odwiedził malarza w Ostrowsku. Z wnikliwością obejrzał obrazy i napisał piękny tekst o sensie cierpienia, powołaniu artysty. Już wtedy upodobał sobie obraz „Byli chłopcy byli” nawiązujący do znanej góralskiej przyśpiewki. Do słów: „byli chłopcy byli, ale się minęli. I my się miniemy po malutkiej chwili” wracał często w różnych publikacjach i wykładach.
Kiedy malarz ubiegał się o Stypendium Kościuszkowskie, Ks. Tischner napisał mu rekomendacje. Kilka lat później zgodził się wystąpić w filmie o twórczości sąsiada z Ostrowska. Miał dar niesamowitego skupienia się. Pamiętam, że gdy przyszedł, wystarczyło mu kilka minut skupienia i wypowiedział przed kamerą przepiękny tekst o Drodze, Prawdzie i Życiu. Wyraził w nim cały sens mojego malowania. Dziś te słowa przyrosły do mojej twórczości. Każdy kto pisze o mnie odwołuje się do tych słów – mówi artysta.
Pół roku przed chorobą, Marian Gromada wykonał cykl portretów księdza Profesora. -Obserwacja księdza, jego pozowanie, a potem malowanie tych portretów było dla mnie wielkim przeżyciem. W tym człowieku było mnóstwo napięć, to była naprawdę bogata osobowość. Jego twarz była skomplikowana, ale tak jest z osobami wielowarstowymi, przestrzennymi – opowiada artysta.
Tuż przed chorobą w pracowni artysty z Ostrowska powstało ostatnie nagranie z udziałem Księdza Tischnera – film Piotra Słowikowskiego „Spotkania”, w którym Ksiądz Profesor mówił o tym czym są spotkania. Przepięknie też recytował wiersze polskich poetów.
Po jego śladach
Kiedy zachorował odprawiał msze dla przyjaciół w swoim łopuszniańskim domu. Mówił szeptem. Muzyka góralska towarzyszyła mu w chorobie. -Zagraj jeszcze Leszek – prosił swojego ulubionego prymistę, gdy ten z kapelą nie chciał już niepokoić cierpiącego.
Nie skarżył się. Nie mówił, że go boli. Do końca był pogodny. -Właściwie to nie my jego, ale on podtrzymywał nas na duchu – twierdzi Andrzej Kudasik. -Pokazał nam, że cierpienie to wartość, że cierpienie może dźwigać. On to nam unaocznił – mówi Wanda Szado-Kudasik. Fizycznie go nie ma. Takie jest życie – mówi ze łzami w oczach Wanda Szado Kudasik. – Ale on nie odszedł. Górale pójdą po jego śladach. Będzie w ludziach tej ziemi. Będzie w muzyce, słowie, w gwarze i w modlitwie. Ks. Tischner rósł w zapachach bzu, które rosły koło łopuszniańskiej szkoły. Już w chorobie zasadził w swoim ogrodzie dwa krzaki bzu. Cieszył się nimi bardzo. W zeszłym roku pierwszy raz zakwitły. Myślę, że ks. Tischner zostanie teraz także w tym zapachu bzu – mówi tischnerowska Ksantypa.
Beata Zalot
Zbójnicy
Byli odważni i sprawiedliwi. Lubili przygodę i ryzyko. Mieli wzięcie u młodych góralek, chociaż materiał na mężów był z nich żaden. Lubili zbytek i stroje. Oni wprowadzili modę na parzenice, jako pierwsi przystrajali się w sprzączki i ozdobne pasy. Niepokorna była ich religijność, z Bogiem chcieli rozmawiać jak „chłop z chłopem”, za to ich ofiarność wobec Kościoła była często ogromna. Dziś pozostały po nich ukryte skarby, kościoły i kapliczki oraz legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Zbójnicy
– Tam w grocie, pod wielkimi kamieniami, ukryte są zbójnickie skarby – twierdzi Anna Prelich wskazując na górę Żar znajdującą się w pobliżu Frydmana. Pilnują ich diabły, które raz w roku – w Wigilię Bożego Narodzenia otwierają skrzynię. Kobieta opowiada, jak to kilkanaście lat temu kilku odważnych chłopaków wybrało się tam w poszukiwaniu drogocennych przedmiotów. Gdy już mieli się dokopywać do skrzyni, przyszła straszna burza, zaczęło bić piorunami i „poszukiwacze skarbów” wrócili do wsi w wielkich pośpiechu. Pozostał tylko wstyd i częste docinki ze strony innych, którzy wiedzieli o niezwykłej wyprawie. W zbójnickie skarby bogate mają być też tereny wokół Bukowiny Tatrzańskiej, Białki i Jurgowa. Miejscowości te według legend założyli zbójnicy. – Z tego, co starzy ludzie opowiadali, to na pewno żyło w Bukowinie dwóch zbójników: „Labizora”, Stokfisz i Macicek „Jadzorz” – po tym piersym zyjom jesce potomkowie. Jednego zastrzelili nad Skałką koło Łysej Polany. Drugiego zamknęli na Orawskim Zamku. Na sznurze puscali mu jedzenie. Słyseli, jak się przez trzy wiecory darł. W końcu jak przestoł krzyceć, pośli do niego, a tam zostały ino kości w butach. Scury go zjadły – opowiada Adam Kuchta.
Niebieska Dolina
Ulubionym miejscem zbójników była pobliska Niebieska Dolina. – Napadali na węgierskich kupców, na żydowskie karcmy, casem ślachcica jakiego łobłupili – dodaje. – Dziadek mi łopowiadoł, ze jeden znajomy jego, jesce za Austro-Węgier pasł tam krowy. Zapolił łogień za blisko jedli i drzewo się chyciło. Jak się jedla przepaliła i kopyrtła, uwidziol schowane w dziupli trzonki z łyżek roztopione, różne srebra i złota. Ochłodził je wodom, co jom przynosił w kapelusu i zabrał ze sobom. Uciekł potem przez Jugosławię do Ameryki i kupił se tam za to pole – opowiada góral z Bukowiny. Niebieską Dolinę odwiedzał też zbójnik Nowobilski z Białki oraz bukowian Makowski przydomek „Skopiec”, który zbójował z dwoma dorosłymi synami. – Ich matka przy pruckach zoliła się babom, ze chłopy przychodzom w nocy potargani i dobici – mówi Kuchta. Być może Niebieska Dolina kryje jeszcze dziś kosztowności „złupione” przez tatrzańskich zbójników. – Jak zek był małym chłopcem, som zek chodził sukać tam skarbów- mówi syn Adama, Zygmunt Kuchta, dziś dyrektor Domu Ludowego w Bukowinie Tatrzańskiej.
Na pasku od portek
– Mój dziadek mówił, ze w Niebieskiej Dolinie była cembrowano studnia. Jednego chłopa spuścili tam na dół na posku od portek. Mówił, ze na dole był korytarz w bok – przypomina sobie inną historię związaną z tym szczególnym miejscem Adam Kuchta. Także według Stanisława Chowańca „Surówki” „Niebieska Dolina” może kryć skarby: – Jak zbójnicy chodzili na Węgry panom brać, potem dzielili się łupem między sobą. Jak który umar, to nie wolno było rusać jego cynści, ino jom zakopywali. I stąd te skarby – tłumaczy. – Diabły ich pilnujom i roz w roku przesusajom. Ludzie, którzy by widzieli co, to potem się niedługo trzymajom, ziemia ich wnet pokryje – ostrzega bukowiański gawędziarz. – Jednemu chłopu z Bukowiny śniło się, ze pójdzie do miasta, znondzie podkowę, jak bedzie wracoł, znońdzie drugom. Z tych podków mo zrobić motykę i być gotowy. Jak pójdzie ostatni cłek na pasterkę, usłysy gwizdnięcie na palcach i wtedy mo iść za tym głosem. Dojdzie do jabłoni, od strony wschodniej, pięć kroków od pnioka som skarby. Tak mu się śniło. Tak jak się śniło, syćko się sprawdziło. Jak jednak gwizdło, strach go obleciał i nie poseł dalej – opowiada Stanisław „Surówka”.
Monety w kępie
Niebieska Dolina to nie jedyne miejsce w okolicy, gdzie zbójnicy mogli kryć drogocenne przedmioty. – Jakie 20 roków temu, mój znajomy z Wierchu Kurucowego znaloz w kępie koło Glicarowa gliniany gorcek ze srebrnymi piniądzami z casów Habsburga Maksymiliana – przypomina sobie Adam Kuchta. – Dzieciska się potem bawiły tymi monetami i dużo pogubiły, trochę rozkradli różni kolekcjonerzy ze świata, reśte chłop przyozdobił koniom sprzęty – twierdzi Kuchta.
Według legendy pobliską wieś Jurgów założył zbójnik Jurko. – Skarby po nim mają być schowane gdzieś tu w grapie – twierdzi Lucyna Maciczak. Z „herśtami” wiąże się też legenda dotycząca powstania Łapsz Wyżnych na Spiszu. – Jak Janosikowie zbójniki oderwały się, jeden ożenił się do Kacwina, drugi ze swojom bandom stoł na Grandeusie. Ten zbójnik z Grandeusa zawołoł raz do tego z Kacwina, coby mu podoł ognia do fajki. Zbójnik podawoł mu ogień na ciupadze i wtedy głowień spadła na lasy, co były między górami. Lasy się wypaliły, a na tej polanie powstały Łapsze Wyżne – twierdzi żona sołtysa.
Skrzynia po Janosiku
Najbardziej popularnym zbójnikiem, o którym pamięć przetrwała do dzisiaj był Janosik. Prawdziwy Juraj Janosik był harnasiem z Terchowej i zbójował niecałe dwa lata. Jako strażnik w cesarskim wojsku poznał Tomasza Uhorczyka, z którym potem uciekł w góry. Napadał na kupców i handlarzy, przytrafił mu się też napad na plebanię. W marcu 1713 roku został schwytany i skazany na śmierć przez powieszenie na haku. Miał wtedy 25 lat. Po jego śmierci zaczęły o nim krążyć legendy, mówiące często o jego nadludzkiej mocy, przypisywano mu czyny innych zbójników i idealizowano jego postać. Według ludowych postaci miął on magiczną koszulę, która zapewniają mu nietykalność, pas dający siłę oraz ciupagę, którą na jego rozkaz rąbała wroga. Zginął zdradzony przez dziewczynę. Górale zrobili z niego swojego bohatera. Według różnych podań skarby po nim ukryte są w Dolinie Kościeliskiej, okolicach Mnicha czy pod Gerlachem. Mieszkańcy Kacwina mówią też o legendzie, według której jedna z trzech Janosikowych skrzyń ma być schowana w okolicach ich wsi. – Po Janosiku zostały trzy skrzynie. Jedną znaleźli w Niedzicy, drugą w słowackich Tatrach, a trzecio jest gdzieś w okolicach Kacwina, ino nikt nie wie dokładnie gdzie – twierdzi starszy mężczyzna.
Pod Babią Górą – naczynia
W okolicach Babiej Góry miał dowodzić bandą zbójników Józef Baczyński zwany też Skawickim, który wszedł na drogę hajduka przez przypadek. Będąc ze szwagrem na jarmarku w Wadowicach, spotkał 3 mężczyzn. Namówili go na wspólny napad, którego ofiarą padł bogaty krawiec. Już jako herszt znany był na Orawie. Skarby po nim pozostały według legend w różnych niedostępnych kryjówkach, między innymi w rejonie Ochotnicy, gdzie mieszkała jego żona z dziećmi, a także w Jazowsku. W rejonie Babiej Góry miał natomiast zakopać nie odnalezione do dziś kościelne naczynia. Wśród Orawiaków zasłynął jako budowniczy kapliczek. Ze zbójnickiej działalności znany był też Jędrzej Jarząbek syn sołtysa z Bańskiej, czy Klimowski z Orawy.
Mateja – elegant
Zbójnickie chałupy znajdowały się na zachodnim stoku Gubałowskiego Wierchu. Mieszkał tam jeden z ostatnich zbójników – Wojtek Mateja zwany też „Biegocem”, bo bardzo szybko biegał. Był też tak silny, że potrafił wyłamać żelazne kraty. Według Adama Pacha („W siąpawicach dziejowych”) Mateja był też elegantem. Jako pierwszy kazał sobie uszyć sukienne portki z wyszywanymi parzenicami. Z czasem tak ozdobionych portek pozazdrościli mu inni górale. Jemu też przypisuje się przyniesienie ze Słowacji pierwszych serdaków. Ożenił się z najpiękniejszą dziewczyną w Zakopanem – Katarzyną z Walczaków. „Biegoc” był początkowo „honornym” zbójnikiem, potem jednak „zdziczał” – dopuszczał się napadów na księży, miał ponoć nawet na sumieniu pieniądze przeznaczone na budowę kościoła w Chochołowie. Wojtek Mateja zmarł w więzieniu na Wiśniczu w 1866 roku.
Zbójecka mentalność
Górale zaczęli schodzić na „zbójecki chodnik” nie godząc się na ucisk pańszczyźniany i niewolniczy tryb życia. Już w 1630 roku, gdy nowotarski starosta próbował zmusić górali do buntu, chłopi wraz ze zbójnikami napadli na folwark w Ratułowie – grabiąc go i niszcząc. Zbójnictwo w Tatrach stało się masowe, gdy w XVII i XVIII wieku zaczęto spośród chłopów rekrutować żołnierzy do cesarskiego wojska. Zbójnicy wiedli koczowniczy tryb życia. Zbierali się w grupy, którym przewodził harnaś. Napadali na wędrownych handlarzy, podróżników, na dwory, rzadziej na plebanie. Czasem dawali się we znaki bogatszym chłopom. Rabowali karczmy, a bywało, że urządzali sobie przy okazji zabawę z tańcami, pijąc oczywiście na koszt karczmarza.
Według legend, zbójnicy mieli u górali duży szacunek. Pomagali im materialnie, stawali w ich obronie. Choć dziwna była ich religijność, słynęli, też z dużej hojności wobec Kościoła. Budowali kościoły i kapliczki dziękując w ten sposób za uratowane życie, udaną wyprawę czy odkupienie swoich licznych grzechów. Bywało, że to, co kradli węgierskiemu Panu Bogu, ofiarowali potem „Ponjezusickowi”. Do Maiki Bożej modlili się rzadko, bo jak tłumaczył Sabała „chłop z chłopem prędzej się dogodo”. Bywało, że gdy ich Pan Bóg nie wysłuchał należycie, burzyli to, co wcześniej zbudowali, albo zabierali z powrotem ofiarowane przez siebie wota. – Z tom ich hojnościom wobec innych to chyba bywało różnie. Moze dali co komu ze swojej rodziny, ale zeby obcym ludziom, to na pewno nie. Wielu z nich to byli zwykli bandyci, co napadali i zabijali dlo własnego zysku – twierdzi Adam Kuchta. Dziś prawdziwych zbójników już nie ma, no może poza tymi, którzy pracują jako kelnerzy w „Chacie. Zbójnickiej” przy ul. Jagiellońskiej w Zakopanem. Nie są groźni. Co najwyżej obcinają ceprom krawaty.
Beata Zalot